Świadomość obecności, w ogóle świadomość posiadania poszczególnych kończyn przychodziła do Blythe'a powoli, z ociąganiem. Wpierw poczuł on swoją prawą nogę, bo od kostki w górę promieniował pulsujący ból – zapewne była skręcona. Później odnalazł prawą rękę, bo to ją przyciskała głowa, nadal obolała, z pokaźnym guzem. Bennett odhaczył kolejne dwie kończyny na liście obecności i poczuł coś na wzór wdzięczności. Wszystko było na swoim miejscu, chociaż nie koniecznie w takim stanie, jaki by chłopaka w pełni satysfakcjonował. Plecy i żebra bolały go niemiłosiernie i to głównie przez nie ciężko było mu podnieść się chociaż do pozycji siedzącej.
Blythe miał już za sobą kilka prób stanięcia na nogi i, jak do tej pory, żadna nie przyniosła pożądanego rezultatu. Nie dając za wygraną, przeczołgał się kilka metrów do przodu i natrafił na coś, co zapewne było nogą od stołu. Bennett chwycił się drewna, jakby było jego ostatnią deską ratunku (po części tak właśnie było) i spróbował się podciągnąć na rękach. Blythe nigdy nie grzeszył przesadną siłą fizyczną, nie miał także imponującej postawy, więc trudno się dziwić, że miał pewne obawy co do tego, czy jego wąskie rączki zdołają utrzymać cały ciężar ciała. Po kilkunastu minutach starań, po litrach potu i kilku uronionych ze złości łzach, chłopak stanął na nogi, a raczej na nogę, bo druga, na chwilę obecną do odwołania, odmówiła współpracy.
- Już myślałem, że nigdy się nie podniesiesz. Muszę przyznać, że nawet zgrabnie ci to wyszło.
Ochrypły, gardłowy głos, który dotarł do uszu Bennetta z pewnym opóźnieniem, sprawił, że chłopak wzdrygnął się, jednocześnie próbując wypatrzyć w ciemności jego właściciela.
- Tak, też jestem zdania, że powinieneś być ostrożniejszy. Wiedziałeś, że tu jestem, prawda? - Ton głosu zakolorowany został zaciekawieniem. - Czemu nie poprosiłeś o pomoc?
- Wydaje mi się, że wszystkie moje zmysły zostały odrobinę przytępione – odparł Blythe, czując jak przez gardło, a później także przełyk, przechodzi mu połamana brzytwa. - Kim jesteś? - Żywo zainteresowany odpowiedzią na chwilę zaprzestał siłować się z własnym ciałem i oparł się ciężko o stół-wybawcę.
- Hmm... Towarzyszem niedoli – zaśmiał się Głos. - Choć, jak mniemam, za chwilę sam dowiesz się o mnie więcej. To jak, kim jestem?
Blythe zmusił swój mózg do rozpoczęcia pracy i uaktywnienia swojego zmysłu śmierci i aż się zachłysnął, kiedy dotarły do niego emocje nagromadzone w powietrzu.
Satysfakcja wynikająca ze strachu, radość z bólu, wściekłość z nieświadomości, euforia ze śmierci, rozpacz z życia...
- Boże... - szepnął Bennett, zakrywając dłonią usta. Odczucia wynikające jedne z drugich, tworzyły tak groteskowe połączenia, że trudno było uwierzyć w ich istnienie. A jednak... - Boże – powtórzył chłopak ocierając pot z rozgrzanego czoła. Zachwiał się, ale nie upadł. Czyjeś lodowate ręce przytrzymały go w żelaznym uścisku i pomogły utrzymać się w pionie.
- Witam w świecie doktora Frankensteina – powiedział smutno Głos tuż obok ucha Blythe'a, owiewając go chłodnym oddechem.
Bennett próbował się nie wzdrygnąć pod zimnym dotykiem i prawie mu się to udało. Przysiadł na stole, odciążając swoją jedyną działającą nogę i zamknął oczy. Nie wydawało się to konieczne, bo ze wszystkich stron naciskała na niego ciemność, ale był to odruch, przyzwyczajenie. Blythe zawsze uspokajał się w ten sposób. Po kilku głębszych oddechach bicie jego serca wróciło do w miarę normalnego rytmu, a ręce przestały się tak bardzo trząść.
- Doktora...?
- Och, to nie jest jego prawdziwe nazwisko. Nie wiem, jak naprawdę się nazywa, ale to, czym się zajmuje w tym pomieszczeniu, przypomina trochę działalność doktora Frankensteina. Nie masz pojęcia o kim mówię, prawda? - zapytał, odczytując myśli Blythe'a.
Chłopak kiwnął potakująco głową, zapominając, że ciemność nie pomaga w komunikacji niewerbalnej.
- Doktor Wiktor Frankenstein to postać książkowa. Stworzył, hm, człowieka, ale nie w sposób naturalny. Poskładał go z kilku martwych ciał i ożywił za pomocą wyładowania elektrycznego. Bawił się życiem i śmiercią. Później przyszedł czas na odwrócenie ról. Życie i Śmierć postanowiły zabawić się nim.
- Czyli ten ktoś, kto mnie tu zamknął... - Blythe próbował powstrzymać falę obrazów, zalewającą jego mózg. Czuł, że za chwilę zwymiotuje.
- Nie – uciął Głos, wyłapując kierunek rozumowania chłopaka. - Nie do końca. On nie składa ludzi z części, tylko eksperymentuje z ich wnętrzem. - Gdy Bennett nie zrozumiał, wytłumaczył: - Z duszą. Znajduje jej nowe ciało.
Zapadła krępująca cisza, której żaden nie chciał przerwać. Setki myśli napływały pod bramę do umysłu Blythe'a, ale musiały ustawić się jedna za drugą i spokojnie poczekać na swoją kolej, bo jedno krótkie i niewinne pytanie nie chciało im zrobić miejsca, wypełniając sobą całą przestrzeń w obolałej czaszce chłopaka.
- Jak? - zdołał w końcu wydusić.
- A jak ty to robisz?
- Ja? Ale przecież... - Bennett zająknął się. - Ja je uwalniam! Pomagam przejść na drugą stronę! Nie więżę ich w rozkładających się ciałach! Ja im pomagam! - Frustracja Blythe'a wzrastała z każdym wypowiedzianym zdaniem. - Nie porównuj mnie do tego... czegoś! Nie jestem potworem!
Głos poczekał, aż chłopak się uspokoi.
- Miałem na myśli zakres działalności. Oboje obracacie się w duchowych kręgach. Ty je odsyłasz, racja, uwalniasz. A on je przygarnia i daje nowe mieszkanie, które mogą umeblować tak, jak zechcą. Mam na myśli to, że mogą dostosować darowane ciało do własnych potrzeb. Do tego stopnia, że przypominają siebie sprzed śmierci. Pomyśl, jaka to radość dla wdowy powitać znowu zmarłego męża, chociaż raz się do niego przytulić i powiedzieć to, czego się nie zdążyło. Jaka radość dla dzieci, jeszcze raz zobaczyć ojca.
- Skoro robi to w tym celu, dusze powinny być szczęśliwe. Czemu czuję tutaj strach, ból i lęk?
Blythe miał wrażenie, że zna odpowiedź na zadane pytanie, ale chciał je usłyszeć z ust kogoś innego. Modlił się o to, by jego rozumowanie okazało się błędne.
- Bo widzisz... Te ciała nie zawsze są oddawane dobrowolnie.
Zamknij oczy i myśl o czymś przyjemnym.
- Trochę tu za ciemno – stwierdził Głos. - Myślę, że nikt się nie pogniewa, jeśli zapalimy chociaż jedną świecę.
Przez chwilę do uszu Blythe'a docierały tylko odgłosy przestawianych przedmiotów i szelest przekładanych papierów. Kilka sekund później cuchnącą stęchlizną komórkę rozświetliło mdłe światło świecy, trzymanej przez Głos, który już nie był samym głosem, bo teraz Bennett mógł dostrzec jego półprzezroczystą sylwetkę. Negatywne emocje, które do tej pory napierały na drobną sylwetkę chłopaka rozpierzchły się jak robaki, uciekając do ciemnych kątów.
- Skoro już się wzajemnie widzimy, a nie tylko czujemy, myślę, że mogę się przedstawić. Calvin Hughes.
Blythe zmarszczył brwi. To nazwisko coś mu mówiło.
Hughes, Hughes... Gdzie on mógł je słyszeć?
Duch sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z nich małe pudełeczko. Chwilę obracał je w rękach, później potrząsnął nim jak grzechotką, po czym ponownie schował, cały czas patrząc na Blythe'a, na którego spłynęła fala olśnienia.
Calvin Hughes! To on miał uczyć Blythe'a egzorcyzmów! To pod jego opiekę miał trafić chłopak! Chcąc uścisnąć duchowi rękę, Bennett zrobił krok do przodu, z wrażenia zapominając o zwichniętej kostce. Syknął z bólu i z powrotem oparł się o stolik, przeklinając swoją nieostrożność.
- Co pan tu robi? - zapytał chłopak, próbując sięgnąć do obolałej nogi.
- Jaki pan? - odpowiedział duch, przewracając jednocześnie oczami. - Archibald prosił, żebym miał na ciebie oko. I chyba słusznie. Masz talent, chłopcze. Do pakowania się w kłopoty!
W pierwszym odruchu Blythe miał ochotę powiedzieć coś nieprzyjemnego pod adresem Archibalda. Chłopak nie potrzebował niańki i był zły na swojego mentora, że ten uważał inaczej. I że nakazał Calvinowi go śledzić. Złość jednak przeszła, gdy Bennett zadał sobie jedno, całkiem niewinne pytanie: co by było, gdyby Archibald nie zlecił duchowi pilnowania swojego podopiecznego?
- No właśnie – przytaknął Calvin. - Co by było, gdyby mnie tu nie było? O mój Boże. Im więcej lat mija od mojej śmierci, tym bardziej elokwentny się robię.
- Chyba nie jest tak źle, proszę pana.
- Nie podlizuj się – warknął duch i zdmuchnął płomień świecy. Blythe ponownie poczuł lęk, niekoniecznie należący do niego, ból, złość i wszystkie emocje, jakie odczuwali przetrzymywani w piwnicy ludzie.
- Czemu zgasił pan świeczkę? - syknął Bennett, kurczowo trzymając się krawędzi stołu z irracjonalnego strachu, że zniknie on tak samo szybko jak światło.
- Zamknij się i wracaj na swoje miejsce. Leż cicho i się nie odzywaj. Masz udawać, że nadal jesteś nieprzytomny. Cholera! – zaklął duch i zacisnął zimne dłonie na ramionach Blythe'a, niemal go unosząc i przeprowadzając kilka metrów, na środek piwnicy, gdzie bezceremonialnie rzucił go na podłogę. Łzy bólu napłynęły do oczu Bennetta, a z ust wyrwał się jęk protestu.
- Zamilcz, głupcze. Leż spokojnie.
Z góry dobiegł do Blythe'a odgłos przesuwanego rygla. Starał się oddychać równomiernie i nie poruszać żadną kończyną. Kroki na schodach wywołały u niego ciarki na plecach, gardło ścisnęła łapa strachu.
Idą po mnie – pomyślał. Przed oczami, nie wiedzieć czemu, stanęła mu dwunastoletnia Julianne, z tym swoim niepewnym uśmiechem i zaróżowionymi ze wstydu policzkami.
Chłopak nie śmiał unieść powiek. Tuż obok jego głowy zaszurały buty, coś ciężkiego opadło na nogi i musiał użyć wszystkich swoich sił, by nie krzyknąć, kiedy jego zwichnięta kostka została przyciśnięta do ziemi.
- Chłopak jeszcze nieprzytomny? - zapytał ktoś stojący na szczycie schodów.
- No przecie! Szef nieźle mu przydzwonił! Bedzie spał jeszcze z kilka godzin. A ta ślicznotka... Chętnie bym się z nią zabawił...
- Zabaw się lepiej ze swoją tłustą żonką. Chyba, że chcesz, żeby szef zagrał w piłkę twoją głową.
- To nie byłoby takie zabawne.
- Dla ciebie pewnie nie. Chodź już.
Przekleństwo. Westchnięcie. Kroki na schodach. Znowu zatrzaskiwane drzwi i znowu zasuwany rygiel. Kilka minut później Calvin zapalił świeczkę.
- Chyba najwyższy czas się stąd zabierać – powiedział Hughes, zacierając ręce. - A może chcesz tu zostać? - dodał, unosząc brwi.
Bennett pokręcił przecząco głową, próbując zepchnąć nieruchome ciało ze swoich nóg. Duch, widząc jego bezowocne wysiłki, podszedł leniwym krokiem do umęczonego chłopaka i uwolnił go od ciężaru.
- Musisz tu chwilę zaczekać – powiedział Calvin, kierując się do wyjścia z piwnicy.
- Czemu? - zapytał płaczliwie Blythe, szeroko otwierając oczy. Nie chciał zostawać sam.
- A potrafisz przenikać przez ściany? - sarknął Calvin i obrzucił chłopaka uważnym spojrzeniem.
Odpowiedziała mu cisza.
- Tak właśnie myślałem.
***
Blythe nie miał pojęcia, ile czasu już minęło. Wiedział, że straci rozum, jeśli szybko się stąd nie wydostanie. Było mu niedobrze od smrodu zgnilizny i chemikaliów, ból w kostce przybierał na sile, głowa pulsowała równomiernie, doprowadzając go na skraj szaleństwa. Oddech miał urywany i każde zaczerpnięcie powietrza sprawiało, że czuł jakby coś wwiercało mu się w płuca.
I ten strach.
Bał się, że zbiry, które go tu uwięziły mogą lada chwila wrócić, a on sam nie będzie mógł się obronić. Miałby z tym problemy, nawet gdyby był w pełni sił i ze wszystkimi sprawnymi kończynami, a co dopiero teraz...
Gdy tak siedział i rozmyślał nad swoim smutnym losem, kątem oka dostrzegł jakiś ruch, a potem jego uszu dobiegł cichy jęk. Spojrzał z przestrachem na plecy dziewczyny, ale ta nie poruszyła się – prawdopodobnie nadal była nieprzytomna. Blythe zacisnął pięści i omal nie zazgrzytał zębami, tak bardzo był wściekły. Na siebie za swoją nieostrożność, na Calvina za to, że zostawił go tu samego, ale przede wszystkim na ludzi, przez których wylądował Bóg wie gdzie i na jak długo.
Niech ten Calvin już wraca...
Kilka długich minut później z góry dobiegło wołanie, wydawane szybko polecenie i krzyk, urwany zaraz po tym, jak się zaczął. Kilka głuchych uderzeń i kolejny wrzask, mniej przekonujący i jeszcze krótszy. Blythe słyszał odgłosy szamotaniny, serię przekleństw i tupot stóp. Wszystko trwało zaledwie kilkanaście sekund, ale dla Bennetta były one wiecznością. Zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech, więc wypuścił powietrze ze świstem, jednocześnie fundując sobie kolejną dawkę bólu. Szczęk rygla przyprawił go o dreszcze, ale kiedy spojrzał w górę i dostrzegł sylwetkę Edwina Vasinisa, wiedział, że już nie musi się bać – był uratowany.
- Dobry wieczór, paniczu Bennett – zakpił Vasinis, schodząc po schodach. Gdy podszedł w krąg światła, oświetlający Blythe'a, przystanął na chwilę i zacisnął szczękę. - Wyglądasz paskudnie.
- Ciebie też jest ogromnie miło widzieć – odpowiedział Blythe, nie siląc się na żadną ripostę. W tym momencie mógł przyjąć każdą obelgę kolegi z uśmiechem na ustach. Jeszcze by za nią podziękował.
- Jestem wzruszony, doprawdy. A teraz zabierajmy się stąd. Hopsa! - Edwin pomógł Bennettowi stanąć na nogi i krok za kroczkiem poprowadził go w kierunku schodów. Długa droga na górę i w końcu, po kilku godzinach spędzonych w tamtej zatęchłej komórce, chłopak mógł odetchnąć świeżym powietrzem.
- Nie wiem, jak ci się odwdzięczę... - zaczął Blythe, ale Vasinis uciszył go ruchem ręki. Nasłuchiwał.
- Okej, chyba mamy wolną drogę. Zaraz będziesz w domu, kolego.
W tej chwili Bennett nie pragnął niczego bardziej. Coś mu się jednak przypomniało...
- Na dole była jeszcze dziewczyna... Nie możemy jej zostawić.
Edwin skrzywił się i potarł dłonią brodę. Kilkudniowy zarost zachrzęścił mu pod palcami. Nad czymś się zastanawiał.
- No dobra – przytaknął, rozejrzał się dookoła i zawołał: - Clem!
Z bramy wyłoniła się dziewczyna i pospiesznie podeszła do Edwina. Miała czujne spojrzenie, szczupłą twarz, wystające kości policzkowe, długi nos i wąskie usta.
- Na razie nikogo nie ma, ale musimy się pospieszyć. Nie mam pojęcia czy ci tutaj – wskazała ręką na trzech leżących na ziemi mężczyzn – to wszyscy z bandy. Mogą pojawić się następni.
Dziewczyna mówiła bardzo szybko, z dziwnym akcentem, którego Blythe nie mógł rozpoznać.
- W porządku. Zajmij się Blythem, ja muszę wrócić po dziewczynę. Nasz mały dżentelmen nie zostawiłby damy w potrzebie.
Clem kiwnęła głową i zarzuciła sobie rękę Blythe'a tak, że ten uwiesił się na szyi dziewczyny. Chciał zaprotestować, ale posłała mu spojrzenie, które zamknęło mu usta, nim zdołał je otworzyć. Objęła go w pasie i ruszyła z nim do bramy. Mimo jej drobnej budowy, uścisk miała pewny i silny.
- Clementine Clitheroe – przedstawiła się, wyprowadzając chłopaka na ulicę, zalaną światłem latarni.
- Blythe Bennett – odpowiedział, krzywiąc się i łapiąc głośno powietrze.
- Wiem, kim jesteś. Edwin sporo o tobie opowiadał – przyjrzała mu się uważnie i uśmiechnęła nieznacznie. - Chociaż nie wspominał, że jesteś taki przystojny.
Bennett poczuł, że się czerwieni. Nie wiedząc, gdzie podziać wzrok, utkwił go w swoich butach. Mimo zakłopotania, poczuł przyjemne ciepło, rozlewające się po jego ciele.
Clementine zaśmiała się, widząc skrępowanie chłopaka.
- Słodki jesteś.
Blythe zaczerwienił się jeszcze bardziej, co nieco go zirytowało. To było przecież takie niemęskie!
- Chyba nie jesteś stąd, co? - zapytał, żeby przerwać niezręczną ciszę.
- Chodzi ci pewnie o akcent, prawda? - Clementine puściła do niego oko. - Masz rację, nie jestem stąd. Urodziłam się i do czternastego roku życia mieszkałam z rodzicami w Liverpoolu. Gdy zmarli, przeprowadziłam się tutaj i zamieszkałam u ciotki, ale dosyć szybko znudziła jej się opieka nade mną i musiałam zacząć radzić sobie sama.
- Przykro mi – powiedział szczerze Bennett.
- Niepotrzebnie – odpowiedziała, wzruszając ramionami. - Nie pociąga mnie to całe życie wyższych sfer. Chyba nigdy nie będzie. Lubię przygody, lubię, gdy coś się dzieje. Wtedy człowiek czuje, że żyje. To całe sztuczne zachowanie arystokracji, przyjęcia na pokaz, wystudiowane gesty... To nie dla mnie. Lubię być sobą.
Blythe słuchał, zafascynowany. Wpatrywał się w Clem naprawdę zainteresowany tym, co powiedziała, ale ich rozmowę przerwał Edwin, niosący na rękach wciąż nieprzytomną dziewczynę.
- Wybaczcie, że przerywam wasze wzruszające wyznania, ale chyba najwyższa pora oddalić się z tego miejsca.
- Tak wracajmy już – przytaknął Bennett, prostując się. Syknął cicho.
- Na twoim miejscu nie paliłbym się tak do powrotu – zaśmiał się Vasinis. Na widok uniesionych brwi kolegi, dodał: - Zrozumiesz, kiedy będziesz już w domu.
Półgodzinna wędrówka była prawdziwą męką. Co jakiś czas musieli przystawać, by Blythe mógł złapać oddech i dać na chwilę odpocząć nodze. W końcu stanęli przed domem Ellinbore'a. Blythe, cały czas kurczowo trzymając się Clementine, wdrapał się po kilku schodkach i nacisnął dzwonek u drzwi. Te otworzyły się po kilkunastu sekundach. Zrozumiał, co miał na myśli Vasinis, mówiąc, że nie powinien się tak rwać do powrotu, gdy ujrzał w wejściu rozwścieczoną Julianne Hammilton, z rękami na biodrach i spojrzeniem ciskającym gromy. Chyba czekała go niemiła pogadanka, na którą nie miał w tej chwili ani siły, ani ochoty.
Chyba wolę zatęchłą piwnicę – pomyślał Bennett i z cichym westchnieniem przekroczył próg.
_________
Udało mi się dodać nowy rozdział wcześniej, niż po pięciu miesiącach. Jestem z siebie dumna. Co prawda obiecywałam sobie skończyć go nieco wcześniej, ale miałam trochę kłopotów w sesji poprawkowej, więc siłą rzeczy nie dałam rady. Mam nadzieję, że czytało się Wam całkiem przyjemnie, i że już nie możecie się doczekać kolejnej części.
Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem, są naprawdę bardzo, bardzo motywujące.
Przypominam, że zainteresowani powiadamianiem proszeni są o wpis do Księgi.
|
Konto usunięte :: poniedziałek, 17 października 2011 16:52:06 95.49.159.28 |
|
Bardzo lubię czytać Twoje opowieści. Masz elegancki, wciągający styl i ciekawe pomysły, a błędów wcale nie jest tak dużo, jak mówisz. Może jestem młodsza i mniej wyćwiczona, ale nie dopatrzyłam się żadnych rażących przecinków bądź ich braku :P
|
|
Konto usunięte :: wtorek, 18 października 2011 00:04:59 95.49.159.28 |
|
Poprawiooone! :D |
|
|
Flame_Of_Hope :: środa, 26 października 2011 13:15:31 83.7.210.94 |
|
Ja zawsze doczepiam się do jakichś błędów składniowych czy też innego rodzaju ( ale nie interpunkcyjnych :P ) a w twoim opowiadaniu nie mam do czego się przyczepić, jest ono rzetelne i ciekawe :)
|
|
|
Nene :: czwartek, 3 listopada 2011 16:39:20 87.248.79.97 |
|
To jest niesamowite; sposób, w jaki piszesz jest niemal równie doskonały, jak wielu doświadczonych pisarzy. Naprawdę mogłabyś zrobić z tego coś więcej, niż tylko blog...
|
|
|
ab-extra-et-ab-intra :: piątek, 2 grudnia 2011 14:29:35 217.97.193.145 |
|
Często czytuję blogi mylogowe, jednak nie pozostawiam na nich żadnych komentarzy. Może to wynika z tego, że nie lubię w jakikolwiek sposób starać się autorowi przytoczyć tego, co siedzi w mojej głowie po tym, jak przeczytam jego "wypociny".
|
|
|
swiat-ktory-znam :: czwartek, 29 marca 2012 21:53:57 77.115.57.216 |
|
Hura!
|