ZWIERCIADŁO DUSZY


- Och, nie byłam tutaj od wieków! Myślisz, że jubiler, u którego twój ojciec kupił mi zaręczynowy pierścionek jeszcze prowadzi swój sklep?
Chłopak wzruszył ramionami, zastanawiając się, ile jeszcze czasu poświęci na chodzenie od sklepu do sklepu. Do dzisiejszego dnia był przekonany, że to zakupy z Julianne są wyczerpującym zajęciem, ale musiał zmienić zdanie. Pani Bennett przez jeden dzień zaciągnęła swojego syna do tylu miejsc, ilu nie zdążył zobaczyć przez całą wizytę młodej panny Hammilton. W wielu sklepach był po raz pierwszy, odkąd przeprowadził się do Londynu pięć lat temu, ale stwierdził, że nie miał czego żałować. Świat sukien, koronek, perfum i pomad nie interesował go na tyle, żeby poświęcić mu chociaż marny ułamek swojego czasu, którego, nawiasem mówiąc, miał teraz niedostatek.
- …to bardzo zastanawiające. Och, tak się cieszę, że przyjechaliśmy tu z ojcem. Oczywiście, to były twoje urodziny i powinniśmy być w tym dniu z tobą, ale martwiła mnie...
Do kolacji zostały jeszcze trzy godziny, z których Ursula Bennett zechce pewnie wycisnąć ile się tylko da, więc Blythe starał się nie angażować we wszystko z takim zapałem, jakiego oczekiwała po nim matka. Miał tyle do zrobienia, tyle do sprawdzenia, potrzebował siły i zdolności do logicznego myślenia, a całodzienny rajd po mieście nie był zajęciem, które pomagało się odprężyć i zregenerować umęczone ciało. Tej nocy chyba nie będzie zdolny biegać za Miltonem. A może by tak zrobić sobie wolne?
- …więc byłoby dobrze, gdyby Archibald zdecydował się jednak...
Nie, nie może tego zostawiać. Zagra dobrze swoją rolę, spędzi popołudnie z rodzicami, wieczorem dotrzyma towarzystwa Julianne, a gdy wszyscy pójdą spać, bezszelestnie wymknie się z domu i popędzi na cmentarz z nadzieją, że może tym razem się uda.
- ...bardzo korzystnie. Zgadzasz się, Blythe?
Ursula patrzyła na syna z wyraźnym oczekiwaniem wymalowanym na twarzy, więc młody Bennett skinął lekko głową, nie będąc pewnym, czy przypadkiem nie wydaje na siebie wyroku publicznej egzekucji.
- Chyba powinniśmy już wracać. Za niecałe trzy godziny kolacja, a chyba powinnam się trochę przespać, żebym nie skończyła z twarzą w talerzu.
Kobieta uśmiechnęła się do Blythe'a, który odetchnął w duchu i odwzajemnił gest. Łatwo było być wyrozumiałym, kiedy się wiedziało, że to już koniec męczarni.


- Blythe, po kolacji zajrzyj do pani Trancy – powiedział Archibald, nalewając do swojej filiżanki gorącej, parującej herbaty. - Prosiła o pomoc przy... Chciała zasięgnąć twojej opinii – poprawił się i odchrząknął cicho, ukrywając zmieszanie.
Państwo Bennett wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ursula z niepokojem zerknęła na syna, po czym spuściła wzrok na talerz i wzięła spory kęs ciasta z owocami. Julianne, najwyraźniej nie zauważając reakcji większej części towarzystwa zgromadzonego przy stole, ożywiła się, wyprostowała na krześle i zapytała siedzącego naprzeciwko niej Blythe'a:
- A jakiego rodzaju porad udzielasz?
- Sztuka – wypalił chłopak, nie mrugając nawet okiem. Nie lubił kłamać, ale nie mógł wyznać prawdy. „Wie panienka, muszę iść wygonić zbłąkaną duszę, która oddzieliła się od ciała i straszy teraz biedną wdowę Trancy, tłukąc jej drogą porcelanę i zostawiając ślady z błota na dopiero co umytej podłodze”.
- Sztuka? - zdziwiła się młoda Hammilton. - Nie chwaliłeś się, że interesujesz się sztuką. Jakim działem konkretnie?
- Malarstwo – Bennett znowu odpowiedział bez zająknięcia. - Sam trochę tworzę...
- O! Może pokażesz nam swoje dzieła? - oczy Julianne zapłonęły.
- Wykluczone! - stanowczość chłopaka zbiła Hammilton z pantałyku. - Nie są to jakieś dobre prace. Poza tym trochę się wstydzę – wyjaśnił, widząc minę dziewczyny.
- Może kiedyś...
- Może kiedyś – przytaknął Bennett, wytarł usta chusteczką i zaczął podnosić się z miejsca. - Muszę iść, jeśli mam wstąpić do pani Trancy. Nie chcę wracać o późnej godzinie. Dziękuję za kolację.
- Może pójdę z tobą? - zapytała Julianne z nową energią. Doprawdy, to niemożliwe, żeby taka mała osóbka miała tyle siły i zapału przez cały dzień. Blythe spojrzał z paniką w oczach na Archibalda i przełknął ślinę.
- Wątpię, żeby to był dobry pomysł. Jest już późno, Julianne, pewnie jesteś zmęczona – Ellinbore nie dysponował argumentami wystarczająco dobrymi, by przekonać kogoś takiego, jak młoda Hammilton, więc Rufus pospieszył mu z pomocą.
- Twoi rodzice prosili, żebyśmy na ciebie uważali. Chyba nie chcesz, żeby mieli później do nas pretensje, jeśli coś ci się stanie?
Blythe wzdrygnął się na myśl o tym i ruszył do przedpokoju, gdzie zdjął płaszcz z wieszaka, ubrał się szybko i czym prędzej opuścił dom Ellinbore'a. Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem, a powiew chłodnego, ostrego wiatru smagnął go w twarz. Z nieba sączyły się wielkie, ciężkie krople deszczu, co jakiś czas ciemność rozjaśniała błyskawica a potężny grzmot odbijał się echem od ścian kamienic na pustych ulicach Londynu.
- Oby pani Trancy miała konkretny powód, dla którego wyciągnęła mnie z domu w taką pogodę – mruknął cicho Blythe i postawił kołnierz płaszcza. Po chwili jego sylwetka zniknęła za jednym z zakrętów i zagłębiła się w plątaninę mokrych i cuchnących uliczek miasta.


Minęło nieco ponad dwadzieścia minut, nim Blythe stanął przed domem Mirelle Trancy. Był przemoczony, zziębnięty i poirytowany. Bennett zapukał do drzwi raz, później drugi, ale nikt nie otwierał. Rozejrzał się dookoła i zszedł po schodkach na chodnik, zadzierając głowę do góry i przyglądając się kamienicy. W pokoju na piętrze było jasno, po chwili światło rozbłysło także w przedpokoju. Blythe z powrotem wbiegł po schodach. Szczęknęły otwierane zasuwy i w drzwiach ukazała się blada i pomarszczona twarz pani Trancy. Oczy miała zwężone, jakby doszukujące się podstępu, usta zaciśnięte tak mocno, że tworzyły jedną linię. Siwe włosy zwinięte miała w niedbały kok. Chwilę lustrowała gościa wzrokiem, a gdy skojarzyła fakty, jej twarz zmieniła się nie do poznania. Usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, zmarszczki wygładziły a oczy zabłysły jak u dziecka, które dostało wymarzony prezent.
- Dobry wieczór, Blythe Bennett. Archibald prosił...
- Tak, tak, chłopcze! Wchodź do środka – mówiąc to złapała przybysza za rękę i pociągnęła do środka. - Tak się cieszę, że jesteś. Nie wyciągałabym cię z domu, gdybym nie musiała, ale naprawdę nie miałam już siły... Długo zwlekałam, żeby poprosić kogoś o ratunek, poza tym, myślałam, że postradałam zmysły... Później spotkałam Archibalda, który zaofiarował mi pomoc, nie miałam pojęcia, że to możliwe... Ach, tak się cieszę, że to się skończy.
W przedpokoju pachniało tartą jabłkową i naftaliną, co nie okazało się tak przykrym połączeniem, jak mogłoby się wydawać.
- Kiedy pierwszy raz do pani przyszła? - zapytał Blythe, wchodząc za staruszką po schodach.
- Słucham? - wdowa Trancy odwróciła się do chłopaka z wyrazem niezrozumienia wypisanym na twarzy.
- Ten duch... - staruszka wzdrygnęła się - jest kobietą.
- Och – zdołała wydusić wdowa. Podjęła wspinaczkę po schodach, kurczowo trzymając się poręczy. - Hmm... Niech pomyślę... Sądzę, że pierwszy raz zobaczyłam ją...
- Zobaczyła pani? - Blythe prawie krzyknął ze zdumienia.
- To znaczy... Nie do końca. Moja pokojówka, Susan, szorowała podłogę w salonie, chwilę później zobaczyłam, jak na parkiecie pojawiają się ślady błota, jakby ktoś wszedł do domu w brudnych butach. Mało brakowało, a serce wyskoczyłoby mi z piersi.
- Wcale bym się nie zdziwił. I kiedy to było?
- Siedemnaście dni temu – odpowiedziała od razu pani Trancy, jakby już wcześniej przygotowała sobie odpowiedzi na poszczególne pytania.
- Siedemnaście dni... - mruczał do siebie Bennett. - I nie było żadnego powodu, dla którego duch mógłby się tu pokazać? To znaczy... Nie bawiła się pani w przywoływanie zmarłych, prawda?
Staruszka spojrzała na chłopaka jak na kogoś niespełna rozumu.
- Niby po co miałabym to robić? Mam wystarczająco dużo zmartwień bez... tego.
- Czy ta kobieta... Czy ona pokazuje się zawsze w salonie? Czy w różnych częściach domu?
- A myślisz, że po co prowadzę cię na strych, chłopcze? Tam siedzi najczęściej. - Pani Trancy zatrzymała się pod starymi, pomalowanymi zieloną farbą drzwiami. Wyjęła z kieszeni fartucha świecę i odpaliła ją od tej, którą wcześniej oświetlała drogę. - Przyklej ją na wosk, gdzie chcesz. Możesz nawet zabrudzić całą podłogę. Chcę tylko, żeby ten duch w końcu się wyniósł. Jak skończysz, zejdź na dół, rozliczymy się.
- Ale ja...
- Bez dyskusji – kobieta ucięła ewentualne protesty Blythe'a, który nie chciał brać pieniędzy za coś tak banalnego. Duch był niegroźny. Czuł to, jak tylko przekroczył próg domostwa. Chłopak skinął więc tylko głową, poczekał aż wdowa zniknie mu z oczu, po czym pchnął drzwi na strych.


***


- Blythe bardzo długo nie wraca, prawda? - zapytała Julianne, podnosząc wzrok znad czytanej książki i kierując spojrzenie na Archibalda.
- Nie ma go dopiero od godziny – zaśmiał się Ellinbore i wepchnął do ust ciastko z płatkami migdałowymi.
- To sporo jak na wyrażenie opinii o obrazie – zauważyła młoda Hammilton, udając, że wraca do lektury, w rzeczywistości jednak obserwowała reakcję Archibalda. Ten jednak nie dał nic po sobie poznać, wziął łyk ciepłego mleka i wyciągnął nogi w stronę kominka. - A jeśli coś mu się stało? - dziewczyna nie dawała za wygraną. - To Londyn. Wszystko może się tu wydarzyć.
- Zapewniam cię, droga Julianne, że z Blythem wszystko w porządku. - „Przynajmniej fizycznie”, dodał w myślach Ellinbore. - To dojrzały chłopak, poradzi sobie.
- Oby tak było, Archibaldzie. - Julianne zamknęła książkę z niepotrzebnie głośnym trzaskiem, odłożyła ją na stolik koło fotela i ruszyła do przedpokoju, rzucając na pożegnanie krótkie „dobranoc”. Idąc korytarzem pierwszego piętra, zatrzymała się pod drzwiami sypialni swojej niani, przystawiła ucho do zimnego drewna i wstrzymała oddech. Regularne pochrapywanie niani Mary świadczyło o tym, iż jest ona pogrążona w głębokim śnie, co bardzo ucieszyło panienkę Hammilton. Dziewczyna na paluszkach pokonała resztę drogi do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi najciszej jak się dało. Podeszła do okna, uchyliła lekko ciężkie, ciemnoczerwone zasłony i wyjrzała na pogrążoną w mroku ulicę. Nigdzie nie było śladu Blythe'a. Julianne zmrużyła oczy i zmarszczyła czoło. Nie podobało jej się beztroskie zachowanie Ellinbore'a, jakby naprawdę miał zupełną pewność, że Blythe'owi nic nie groziło. Ona nie posiadała tego komfortu, Londyn już tyle razy zdążył ją przerazić i zaskoczyć swoją brutalnością, że nie mogła być spokojna. Krążyła po sypialni, chodząc od drzwi do okna, od okna do drzwi i nerwowo przygryzała dolną wargę. W końcu, zmęczona własną bezradnością, padła w ubraniach na łóżko i przymknęła powieki, czekając na moment, kiedy będzie mogła zacząć działać.
Nie minęło pół godziny, a na schodach rozległy się ciężkie kroki znużonego całym dniem Archibalda. Julianne podniosła się na łokciach i wpatrzona w sufit czekała na trzaśnięcie drzwi na drugim piętrze. Podłoga nad nią skrzypnęła cicho, po chwili zatrzeszczało stare łóżko, zawiadamiając o tym, że Ellinbore udał się na spoczynek. Dziewczyna zerwała się z posłania i na paluszkach podeszła do szafy, modląc się, by jej nienasmarowane zawiasy nie zdradziły, że dziewczyna jeszcze nie śpi. Wyciągnęła ciemną suknię i pospiesznie się przebrała. Czuła, że robi coś niewłaściwego, ale nie mogłaby zasnąć, nie wiedząc, co się dzieje z Bennettem. Jak złodziej, wymknęła się z sypialni, przemknęła ciemnym korytarzem i prawie zbiegła po schodach. Będąc tak blisko wyjścia, mogła pozwolić sobie na niewielki hałas. Z uśmiechem na ustach przemierzała ostatnie metry uśpionego domostwa, już wyciągała rękę w stronę klamki, gdy kątem oka dostrzegła mdłe światło. Podskoczyła, słysząc zaniepokojony głos Archibalda, dochodzący gdzieś... spod drzwi?
- Wybierasz się gdzieś, Julianne?


***


Strych domu wdowy był zagracony i nieoświetlony. Bennett odniósł wrażenie, że pani Trancy odwiedzała to miejsce tylko po to, by zostawiać niepotrzebne rzeczy. Pod ścianami piętrzyły się kufry i pudła, z których wylewały się przeróżne tkaniny, od grubych, wełnianych płaszczy po cienkie i zwiewne jedwabne suknie. Pozwijane w rulony dywany i dywaniki leżały pod stołami i biurkami z zaśmieconymi potłuczoną porcelaną i podartymi książkami blatami. Zanim Blythe dotarł na środek pomieszczenia, potknął się kilka razy; o nogę stolika do herbaty, o zepsutą pozytywkę, o wystający z podłogi gwóźdź. Odsunął stary, wyleniały fotel, z którego spoglądały na niego smętnie dwie, wystające z siedziska sprężyny i usiadł na wolnym kawałku podłogi. Trzymając świeczkę, którą otrzymał od wdowy Mirelle, wyjął zza połów płaszcza złożony na cztery kawałek papieru i wygrzebał z kieszeni spodni pudełko zapałek. Wszystkie te przedmioty ułożył przed sobą w równym rządku, po czym opuścił głowę i wpatrzył w zakurzoną podłogę.
- Dobry wieczór – miły kobiecy głos napłynął do niego z fotela, naprzeciwko którego siedział.
- Dobry wieczór – odpowiedział Blythe, podnosząc głowę. Uśmiechnął się na widok uniesionych brwi perłowej postaci i rozprostował przyniesiony przez siebie kawałek papieru.
- Sądziłam, że ludzie nie mogą zobaczyć ani usłyszeć duchów – powiedziała postać, zakładając ręce i marszcząc czoło. Wyglądała na obrażoną.
- Tak jest – potwierdził Bennett. Są jednak osoby, które posiadają pewne zdolności, umożliwiające im zobaczenie ducha. - Chłopak otworzył pudełko zapałek, z których wyciągnął węgielek. Przyłożył go do papieru. - Jak się nazywasz?
- Mary Elisabeth Stewart – odpowiedziała kobieta, patrząc z zaciekawieniem, jak Blythe kreśli jej imię i nazwisko w lewym górnym rogu kartki. - Jesteś z gazety?
Chłopak uśmiechnął się tylko kącikiem ust i kilkoma pociągnięciami węgla zaznaczył twarz Mary.
- Mój mąż nareszcie zainteresował się zniknięciem żony – powiedziała pani Stewart, bardziej do siebie, niż do chłopaka, który zajęty był tworzeniem portretu. - Parszywy oszust. Mam nadzieję, że mój brat odpowiednio się nim zajmie, niech zatłucze darmozjada!
Blythe znowu się uśmiechnął, ale nie wypowiedział żadnego słowa. Właśnie kończył szkicować pełne usta kobiety. Kilka minut później na ramieniu narysowanej pani Stewart spoczął gruby warkocz. Kilka poprawek i portret był gotowy.
- Podoba się pani? - zapytał siedzącą w fotelu postać.
- Niesamowity – odpowiedziała Mary ze szczerym podziwem.
Bennett skinął głową i uniósł kartkę nad płomień świeczki, mamrocząc pod nosem słowa, których Mary nie rozumiała. Rysunek zajął się ogniem.
- Co ty... - zaczęła kobieta, ale zamilkła w połowie zdania. Kontury jej sylwetki zaczęły się rozmazywać, jej postać bledła, aż w końcu zamigotała i zniknęła całkowicie.
- Do widzenia, pani Stewart.
_____________


Znowu minął wiek, odkąd dodałam nowy rozdział. Mam nadzieję, że mnie za to nie pogrzebiecie żywcem. Przypominam, że zainteresowani powiadamianiem o nowościach, proszeni są o wpis do Księgi. Dziękuję za uwagę.

P.S. Mylog znowu coś wykombinował, kiedyś wyjdą mi włosy przez te dziwne pomysły. Ależ ten mylog mnie wkurza...



poniedziałek, 18.kwietnia.2011, 15:58

niewtamanke niewtąmańkę. :: piątek, 22 kwietnia 2011 00:25:59
95.178.64.176

Szablon, po prostu, jest przecudowny! Oniemiałam! Piękny, wspaniały! Brak słów, żeby opisać mój zachwyt! Normalnie... No. Piękny!
Rozdział w porządku, chociaż po tak długiej przerwie myślałam, że dodasz coś bardziej obszernego i obfitego w akcję. Przyjemnie się czytało, ale zdecydowanie za krótko, za mało! Ach, ta ciekawość Julianne - czuję, że prędzej czy później o wszystkim się dowie, tylko zastanawiam się, w jaki sposób to się stanie ;D Archibald jest uroczy z tym pilnowaniem panny Hammilton ;D
Gratuluję wyróżnienia rozdziału! C:

 W W. :: sobota, 23 kwietnia 2011 23:28:01
178.37.226.120

Nie Ciebie jedną Mylog wkurza. To, co się z nim dzieje, czasami naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie.
A przechodząc do treści...
Kiedyś przeczytałam jedną, może dwie notki - nie podobało mi się. Teraz dalej mi się nie podoba, ale, mimo wszystko, zaobserwowałam poprawę. Opisy nie są już takie męczące, jak wtedy, opisy nabrały polotu, nie rażą sztucznością. Cóż, po prostu styl "nie mój", nie gustuję w tego typu historiach.
Ludzie, napiszcie kiedyś na jakiś ciekawy temat. Albo po prostu wnieście w tekst trochę życia. Błagam.

Ever Ever. :: niedziela, 19 czerwca 2011 14:54:55
87.204.175.190

O... Przeczytałam całość w przeciągu kilku dni i niesamowicie podoba mi się pomysł na opowiadanie. Podoba mi się postać starszego pana, przypomina mi Śmierć z książek Terrego Prattcheta.

Co do stylu pisania, to nie miałam problemu z czytaniem. Wręcz przeciwnie, bardzo łatwo i przyjemnie śledziłam tekst.

Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział. Mam nadzieje, że z okazji wakacji coś nowego się pojawi.

Pozdrawiam,
Ever

P.S (miałam problem z zalogowaniem się - jak widać. ten mylog to porażka)

Konto usunięte :: poniedziałek, 4 lipica 2011 08:58:46
109.243.81.124

Jakiś czas temu znalazłam Twoje opowiadanie i wczoraj dobrnęłam do końca ostatniego rozdziału. Zmotywowało mnie do założenia własnego bloga, na którym będę mogła publikować :)
Oceniając całość - jest świetna. Może dlatego, że w ogóle przepadam za tą tematyką? Z niewiadomych powodów ostatnia scena tego rozdziału przywiodła mi na myśl serial Supernatural, który swoją drogą także lubię.
Czyta się lekko i przyjemnie. Zdecydowanie nie ma tutaj żadnych męczących opisów.
Ile planujesz napisać rozdziałów drugiej części?

Konto usunięte :: środa, 6 lipica 2011 14:07:59
109.243.43.204

Dodałam rozdział pierwszy.

dissloved Yenna :: sobota, 6 sierpnia 2011 17:46:14
213.25.140.187

Cześć. Mrocznie, ciekawie, wciągająco... Faktycznie może te trzy słowa to za mało, żebym mogła wyrazić swoją opinię, ale cóż wydaje mi się, że to co napisałaś jest dobre i ciekawe. Takie owiane tajemniczością, niesamowitym klimatem. Podoba mi się i tyle po prostu, od tak. Oczywiście zapraszam do siebie dopiero początek, chcę, żeby to miało ręce i nogi więc zapraszam: yenna.mylog.pl

maria maria_antonina :: wtorek, 16 sierpnia 2011 18:09:44
89.74.79.165

Świetna fabuła, a do tego prawdziwie literacki styl - połączenie, które zachwyca każdego czytelnika.
Bardzo podoba mi się postać Blythe - nieco małomówny, troszkę opryskliwy, a zarazem zwyczajny chłopak, który potyka się o krzesło. Może to brzmieć śmiesznie, ale era super-facetów w internecie trwa od jakiegoś czasu i o kogoś naturalnego, z problemami, czy też zwyczajnego bardzo trudno.
Nie zdarza mi się to mówić (pisać) na blogach, ale czy myślałaś o pisaniu książki? Wyobraźnia i świetny styl - powinnaś, naprawdę.
Wracając do opowiadania - Julianne też jest ciekawą osobą. Tak zwaną panienką z dobrymi manierami, ale i charakterkiem. Stanowili by dobraną parę z Blythem - zakochanych, czy też przyjaciół.
Uwielbiam epokę, w której osadziłaś opowiadanie - dobre maniery, długie suknie... Ja niestety naoglądałam się za mało filmów i za mało książek przeczytałam by pisać coś w takim okresie.
Szkicuje obraz ducha, a potem spala odsyłając go w ten sposób na "drugą stronę" - z takim pomysłem się nie spotkałam, ale jak już Cię tutaj chwaliłam, masz wyobraźnię. Opowiadanie mi się niezmiernie podoba, w najbliższym czasie nadgonię pozostałe części rozdziałów. Pisałaś, że dużo minęło od kiedy dodałaś poprzedni rozdział - nie rób tego! Chcę nowości! :)
Ściskam, pozdrawiam i wpisuję się do księgi gości.

mrocznanimfa mrocznanimfa :: poniedziałek, 26 września 2011 16:08:20
83.11.132.65

ciekawe i pomysłowe, jestem na tak :P pozdrawiam

wyszukiwarka wyszukiwarka. :: środa, 14 marca 2012 22:03:34
178.183.250.55

Wspaniały wpis i jaki długi - z 20 minut czytałem ;)



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho