ODZYSKANA WOLNOŚĆ, SPISEK I NIESPODZIANKA
Trzytygodniowe uziemienie było jednym z najgorszych doświadczeń, jakie przeżył Blythe, a warto wspomnieć, że konkurencja była naprawdę poważna, biorąc pod uwagę spotkania z duchami, demonami, wizyty na cmentarzu w środku nocy, ucieczki przed Malcolmem i inne przykre sytuacje. Trzy tygodnie spędzone w zamkniętym domu z nadopiekuńczym Archibaldem i rozgadaną Julianne walczyły o miejsce w pierwszej trójce rzeczy, których Blythe nie chciałby przeżyć po raz drugi. Dlatego, kiedy nadszedł kres jego cierpień, kiedy przyszła upragniona noc wolności, Noc, która miała go porwać w swoje ramiona i zabrać daleko od miejsca, gdzie był uwięziony przez długi czas, odczuwał tak ogromną radość, że prawie ze łzami w oczach opuścił dom Ellinbore'a i puścił się biegiem przed siebie. Nie zważał na błoto, które rozpryskiwał przy każdym zetknięciu stopy z brudnym brukiem, nie martwił się, że jeśli ktokolwiek wyjrzy teraz przez okno, uzna go za wariata, po prostu biegł, szczęśliwy jak nigdy. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy bolesne kłucie w boku wytrąciło go z rytmu, przypominając o tym, że jego kondycja nigdy nie była taka, jakiej by sobie życzył. Pochylił się do przodu i oparł dłonie na kolanach, próbując uspokoić i wyrównać oddech. Gdy uniósł głowę, w odległości kilkunastu metrów od niego stała Edith, machając do niego w geście przywołania. Bennett wyprostował się, poprawił cienki szalik i ruszył żwawo ku dziewczynce, uśmiechając się do niej szeroko. Miał ochotę ją uściskać, ale jej niematerialne ciało na to nie pozwalało. Ciężko ściskać powietrze.
- Myślałam, że mnie zostawiłeś – powiedziała Edith cicho, gdy Blythe stanął obok niej na skrzyżowaniu Mayflower Street i Waterside Way. Chwilę tkwiła w miejscu, udając obrażoną, a później przytuliła się do Bennetta, obejmując go w pasie swoimi szczupłymi rączkami. Uczucie jakie temu towarzyszyło można porównać z oblaniem lodowatą wodą. Ale to i tak tylko mierna metafora.
- Przecież wiesz, że byłem bardzo chory i nie mogłem wychodzić z domu. Ellinbore miał ci powiedzieć...
- Tak, był w piekarni – burknęła pod nosem Edith, cały czas wtulona w swojego opiekuna. - Ale nawet ze mną nie rozmawiał. Płacąc za zakupy powiedział tylko głośno do sprzedawczyni coś w rodzaju: „Szkoda, że mój Blythe jest chory, strasznie lubi przychodzić do tej piekarni. Ale musi zostać teraz w domu. Kilka tygodni”. Jeszcze setkę razy powtórzył słowo „szkoda” i wyszedł.
- Archibald jest dosyć specyficznym człowiekiem. Mieszkam z nim już prawie pięć lat, więc zdążyłem się nieco przyzwyczaić do jego osobowości. Ale ludzie, którzy mają z nim styczność tylko przez kilka minut dziennie uznają go za dziwaka. Tak naprawdę jest uroczym człowiekiem.
Edith pokiwała głową na znak zrozumienia lub może tylko po to, by zakończyć temat.
- Słyszałam, że idziesz mnie odwiedzić, więc wyszłam ci na spotkanie – odpowiedziała dziewczynka na niezadane pytanie. - No i chciałeś mnie uściskać, więc... - Uśmiechnęła się szeroko do Bennetta i w końcu oderwała się od jego tułowia.
- Uroki posiadania znajomych potrafiących czytać w myślach – powiedział wolno chłopak i ruszył w dół ulicy. Edith udała się za nim, podskakując wesoło i nucąc pod nosem jakąś sobie tylko znaną melodię.
Przez kilka minut maszerowali nie odzywając się do siebie, mijając kolejne domostwa i sklepy. Kiedy jednak minęli piekarnię na Harrington Road, Edith zatrzymała się raptem i spojrzała na swojego towarzysza wielkimi oczami.
- Chcesz iść dzisiaj na cmentarz – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
Blythe skinął głową i odezwał się, ważąc słowa:
- Pomyślałem, że... Skoro już jestem zdrowy i prawie w pełni sił, to może... Pójdziemy się rozejrzeć. Nikt nie powiedział, że od razu znajdziemy Miltona, nikt też nie powiedział, że dzisiaj spróbuję egzorcyzmów, bo na to jednak trochę za wcześnie, ale chciałbym po prostu z nim porozmawiać. Jeśli mi na to pozwoli, oczywiście.
Edith chwilę trawiła jego słowa, w końcu niemal niezauważalnie skinęła głową.
To pewnie światło Księżyca sprawiało, że cmentarz wyglądał nocą tak pięknie. Majestatyczne nagrobki z zielonkawym nalotem, popękane i pokruszone, dotknięte przez czas i ludzką głupotę. Kamienne anioły, górujące nad zmarłymi, wskazujące drogę do nieba, prowadzące za rękę przed oblicze Wszechmogącego. Wierzby opłakujące los tych wszystkich, których dusze zakończyły egzystencję i oddzieliły się od ciała, skazując je na lata rozkładu i trawienia przez robaki, by w końcu zwrócić Matce Ziemi to, co jej należne. Wszystko skąpane w fantastycznym perłowym blasku, posyłanym przez prawdziwego artystę, który nie musiał się starać, aby jego dzieło zapierało dech w piersiach. Blythe potrafił docenić piękno, może dlatego tak bardzo lubił przychodzić na cmentarz, kiedy Księżyc ukazywał się Londynowi w całej swej okazałości.
Furtka prowadząca do świata umarłych była otwarta, kłódka wisiała na łańcuchu. To dziwne, że nikt jej jeszcze nie ukradł.
- Myślisz, że Milton tu jest? - zapytała Edith, ciągnąc Bennetta za skraj płaszcza.
Chłopak zamknął oczy, próbując wyczuć obecność ducha. Na chwilę zastygł w bezruchu, jakby nasłuchując, ale zaraz otworzył oczy i pokręcił głową, trochę z ulgą, trochę z rozczarowaniem.
- Nie. Jest kilka dusz, ale żadna nie należy do twojego brata.
- Skąd wiesz, że nie?
Blythe spojrzał na nią z udawanym oburzeniem.
- Wątpisz w mój zmysł śmierci? - zapytał, ale dziewczynka nie dała się zbyć. Wpatrywała się w młodego Bennetta z wyraźnym oczekiwaniem. Chłopak westchnął.
- Widzisz, Edith, kiedy tu przybyłem, byłem tylko małym, zastraszonym chłopcem, który widział duchy, ale nie wiedział, jak i do czego to wykorzystać. Ellinbore stał się moim nauczycielem i opiekunem, pomógł mi opanować sztukę uruchamiania wewnętrznego zmysłu, podobnego do intuicji, czegoś, z czym człowiek się rodzi, z tym że zmysł ów, nie zawodził i nie sprowadzał się do gdybania. Z intuicją człowiek sądzi, przypuszcza, ma wrażenie. Z moim zmysłem ja wiem i jestem pewien. Rozumiesz? - Edith kiwnęła głową, czekając na dalszy ciąg wypowiedzi. Wyglądała na zainteresowaną. - Na początku nie miałem pojęcia, skąd Ellinbore wie, że w pobliżu są umarli, ilu ich jest, a nawet jakie mają nastawienie. To przychodzi z czasem, ale nie samo. Trzeba się uczyć posługiwać tym zmysłem, trenować, dbać o niego. Wszystkie umiejętności, jeśli nie są pielęgnowane, zanikają. Każdy umarły ma własną aurę, a z twoim bratem zetknąłem się wystarczająco dużo razy, żeby ją wyczuć. Stąd wiem, że tu go nie ma.
Edith była oczarowana. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że Blythe skończył.
- Zresztą nie wiem, po co ci to mówię. Na pewno wszystko zabrałaś z mojej głowy.
Dziewczynka nadęła policzki i podparła się pod boki.
- Nie kradnę myśli! Zaglądam do twojej głowy tylko wtedy, gdy nic nie mówisz. Wolę z tobą rozmawiać, niż zakradać się do twojej głowy jak złodziej.
Bennett spojrzał na nią podejrzliwie.
- Czyli to nie jest coś, czego nie możesz powstrzymać? To nie przychodzi, no wiesz, tak po prostu?
- Nie słyszę wszystkich myśli. Głowy ludzi są jak książki. Żeby wiedzieć, co jest w środku, trzeba do nich zajrzeć, otworzyć. Jeśli któraś książka wyda ci się interesująca, zaczynasz czytać.
- To znaczy, że jeśli nie chcesz, nie musisz wiedzieć co się kryje w mojej głowie?
- Dokładnie – Edith usiadła na jednym z nagrobków i zamachała dyndającymi w powietrzu nogami.
- Zabiję Aldena – warknął Blythe i ruszył wąską ścieżką pomiędzy mogiłami. Był zirytowany i podenerwowany. - Mówił, że tego nie da się wyłączyć.
Usłyszał śmiech Edith i odwrócił się, by zobaczyć jak dziewczynka zeskakuje z płyty i podąża za nim.
- To chyba cię oszukał – znowu się zaśmiała, lecz przystanęła. Na jej twarzy odmalowało się niezrozumienie. - Kim jest Alden?
- Moim... przyjacielem – odparł Bennett i podjął wędrówkę. - Mieszka w moim domu. W Helston. Też jest duchem. Pierwszym, jakiego zobaczyłem. Ale to za długa historia, a ja nie mam teraz ochoty, by ci ją opowiadać. Jeśli chcesz, możesz sama się o wszystkim dowiedzieć. Stąd – postukał palcem w skroń.
- Wolę rozmawiać – przypomniała mu Edith i zrównała się z nim. - Poczekam, aż będziesz w lepszym nastroju. A teraz, skoro Miltona tu nie ma, może wrócimy, co?
- Jak sobie pani życzy – Blythe wzruszył ramionami i zawrócił. Wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza srebrny zegarek na łańcuszku i spojrzał na godzinę. - Zanim dotrę do domu, będzie druga, więc zostanie mi sześć godzin snu. Później do sypialni wparuje Julianne z tacą ze śniadaniem, termometrem i garścią najświeższych informacji. Poza tym jutro mam urodziny i nie wiem, co ta dwójka dla mnie przygotowała. Wolę zebrać zapas sił.
- Ellinbore polubił Julianne? - zapytała Edith, zadzierając głowę do góry, by spojrzeć na swojego towarzysza.
- Chyba za bardzo – burknął Blythe.
- A ty?
Chłopak zastanowił się chwilę.
- Sam nie wiem. To zależy od dnia, od mojego nastroju, od pogody. Jest miła i urocza, ale...
- Ale?
- Ale zadaje za dużo pytań. Tak jak ty.
Edith dała chłopakowi kuksańca w bok i nadęła policzki.
- Przyjdziesz jutro do mnie? - W oczach dziewczynki rozbłysły wszystkie odcienie nadziei, więc Blythe'owi nie pozostawało nic innego, jak się zgodzić.
- Pod warunkiem, że nie zadasz mi już żadnego pytania. Wystarczy, że cały dzień muszę zaspokajać dociekliwość Julianne Hammilton. Okaż serce i pozwól mi rozkoszować się ciszą nocy.
Dziewczynka udała, że zamyka buzię na kluczyk i wyrzuca go za siebie.
Dziękuję – szepnął Bennett, wyciągając rękę w kierunku Edith, która ujęła ją delikatnie, po czym poprowadziła chłopaka do wyjścia z cmentarza.
***
Nad ranem zima przypomniała mieszkańcom Londynu, że jej koniec jeszcze nie nadszedł i postanowiła zasypać wszystko cienką warstwą śniegu. Blythe nie był zachwycony, miał już dość tego białego paskudztwa, które wszystko czyniło do siebie podobnym. Wszędzie tylko jednolita biel lub szarość. Żadnej zieleni trawy czy liści, czerwieni róż, żółci tulipanów, brązu, czerni i beżu ziemi, nawet niebo nie onieśmielało czystym błękitem, było tak samo bezbarwne jak wszystko dookoła. Humor panicza Bennetta poprawił się jednak nieco, gdy odkrył, że okropieństwa dzisiejszego dnia skończyły się na niesmacznym żarcie pogody. Julianne nie przyszła go obudzić, co Blythe na początku uznał za podstęp, obawiając się, że czeka na dole z jakąś koszmarną niespodzianką. Mył się dłużej niż zwykle, długo szukał części garderoby, byle tylko odwlec moment spotkania. Gdy jednak zszedł do jadalni Archibald i Julianne kończyli posiłek, rozmawiając o głupotach, śmiejąc się głośno i nie zwracając uwagi na zdezorientowanego Blythe'a. Chłopak uniósł brwi do góry i zajął miejsce naprzeciw młodej Hammilton.
- Dzień dobry, paniczu Bennett – zaszczebiotała Julianne, uśmiechając się promiennie. Nad ustami został jej ślad mleka, o czym zdała sobie sprawę dopiero wtedy, gdy zobaczyła swoje odbicie w srebrnym dzbanku z herbatą. Wytarła szybko twarz chusteczką i zalała rumieńcem. Blythe'owi coś przewróciło się w żołądku.
- Dzień dobry, Julianne. Witaj Archibaldzie – chłopak skinął każdemu głową i sięgnął po maślaną bułeczkę.
- Jak spałeś chłopcze? - zapytał Ellinbore, mrużąc oczy. Dobrze wiedział, co Blythe robił w nocy i świetnie się bawił, patrząc na jego zakłopotanie.
- Wyśmienicie – Bennett nie pozwolił, by jakikolwiek ruch zdradził, że kłamie.
- To fantastycznie! – stary klasnął w ręce i podniósł się z krzesła. Podszedł do stojącego w kącie kredensu i wyjął z jednej z szuflad niewielką kopertę. - Chciałbym cię prosić, żebyś zaniósł to młodemu Donaldsonowi. Już kilka dni czeka na ten tekst.
Blythe kolejny raz tego dnia uniósł brwi do góry, z tym że teraz prawie całkowicie zniknęły one pod grzywką jego czarnych włosów. Nic jednak nie mówiąc, wziął z rąk mentora kopertę i schował ją do kieszeni kamizelki. To na pewno był podstęp, chcieli się go pozbyć z domu. Nie ma innego wyjaśnienia. No i nie podobały mu się ich porozumiewawcze spojrzenia. Przeklęci spiskowcy.
- A panienka jakie ma na dzisiaj plany? - zapytał Bennett, a na jego twarzy rozlał się paskudny uśmiech samozadowolenia. - Może wybierze się panienka ze mną? - Wiedział, że Julianne nie przepuści żadnej okazji, by zobaczyć niepoznane jeszcze przez nią uliczki Londynu.
Julianne przełknęła głośno to, co miała w ustach i spojrzała na Ellinbore, najwyraźniej nie wiedząc, co powiedzieć.
- Julianne obiecała rozegrać ze mną partię szachów – odpowiedział za nią stary, próbując nieudolnie ukryć zażenowanie. Blythe doskonale wiedział, że Archibald nie grywa w szachy, więc uniósł tylko ręce w geście kapitulacji, przeżuł ostatni kęs bułki z dżemem, popił herbatą z mlekiem i już się nie odezwał. Poczekał aż młoda Hammilton i Ellinbore opuszczą jadalnię, po czym oparł łokcie na stole i podparł głowę na dłoniach.
Stek bzdur – burknął Bennett pod nosem i westchnął głośno, rozpaczając nad niesprawiedliwościami tego świata.
Przynajmniej po drodze odwiedzi Edith.
***
- Tort czekoladowy z posypką, babka piaskowa z lukrem, ciasteczka z migdałami, biszkopt z bezą. Wziął chyba wszystko, co wyglądało na zjadliwe – Edith przysiadła na jednej z ławek na placyku przed piekarnią i zdawała Blythe'owi relację z zakupów Ellinbore'a.
- Aż tak źle? - jęknął cicho Blythe i zajął miejsce obok niej. W pobliżu kręciło się sporo osób, więc nie mógł sobie pozwolić na swobodną rozmowę.
- Dziwny jesteś – przyznała dziewczynka, patrząc spod przymrużonych powiek na towarzysza. - Dzisiaj masz urodziny. Powinieneś się cieszyć, że ktoś chce je świętować razem z tobą.
- Nie lubię świętowania. Nie przepadam za przyjęciami – przyznał niechętnie Blythe. - Kończę siedemnaście lat. I co z tego? Dzień jak każdy inny, przecież nic się nie zmieniło. Nie czuję się starszy, ani poważniejszy, to tylko cyfry.
- Skoro tak mówisz... - Edith wbiła wzrok w ziemię i przez jakiś czas się nie odzywała. Blythe nie przerywał jej milczenia, odchylił się tylko do tyłu i założył ręce za głową. Nie chciało mu się wracać do domu, jednak godzina obiadu zbliżała się nieuchronnie, a Archibald nie lubił spóźnień.
- Muszę już iść – powiedział do dziewczynki. Kiwnęła tylko głową na znak, że słyszy, wstała, poprawiła sukienkę i nim odeszła, rzuciła przez ramię:
- Wszystkiego najlepszego.
Bennett poczuł się okropnie, gdy zniknęła we wnętrzu sklepu. A gdy pomyślał, że całe trzy tygodnie siedziała tam bez towarzystwa, zrobiło mu się jeszcze gorzej. Chyba trzeba będzie trochę popracować nad jej smyczą. Gdyby udało mu się ją zlikwidować, zabrałby Edith do siebie. Zastanawiał się tylko na ile ucierpi jego psychika, gdy do gadatliwej Julianne dołączy mała Pearl. To będzie prawdziwa szkoła życia.
Już otwierając drzwi wejściowe Blythe poczuł całą gamę zapachów. Od słodkiej wanilii, przez cynamon, kawę i ziarno kakaowca do smażonych jabłek, duszonej kaczki i pieczonego schabu ze śliwką. Pomarańcze i goździki uderzyły jako ostatnie i Bennett naraz poczuł się głodny. Powiesił płaszcz na wieszaku, i ruszył do jadalni, gdzie, jak się domyślał, zastanie Julianne, jej nianię, Archibalda i służbę. Zatrzymał się przy lustrze i skrzywił z niesmakiem. Przygładził włosy, poprawił zawiązaną pod szyją wstążkę i stwierdził, że lepiej już nie będzie. Nacisnął na klamkę i otworzył drzwi do jadalni. Pierwszą osobą, jaką zdołał dostrzec wśród kolorowych serpentyn i kwiatowych girland, był Ellinbore, gdyż stał najbliżej wejścia. Miał na sobie swój ulubiony brązowy sweter, spod niego wystawała śnieżnobiała koszula. Rozłożył ręce i zaprosił chłopaka do środka. Później zobaczył Marthę, nianię Julianne, a następnie samą Hammilton. Bardzo nie spodobało mu się uczucie, jakie towarzyszyło tej chwili. Poczuł, jak skręcają mu się wnętrzności, a w twarz uderza fala gorąca. Cóż mógł powiedzieć, wyglądała pięknie. Była lekko zarumieniona, co uwydatniło jej piegi, czekoladowe oczy spoglądały na niego z zaciekawieniem, blond włosy rozsypały się na ramiona i plecy. Ciemnozielona suknia, opięta na górze, rozkloszowana u dołu wyglądała na niej wspaniale, jakby stworzona tylko dla jej sylwetki, ale Bennett usilnie starał się sobie wmówić, że nie interesują go kształty jej ciała. Zamrugał oczami, próbując oderwać od niej wzrok, a kiedy w końcu mu się to udało, w polu jego widzenia pojawiła się kobieta w długiej granatowej sukni. Gęste czarne włosy miała upięte w wytworny kok, szyję zdobił piękny srebrny wisiorek. Obok niej stanął elegancki mężczyzna. Położył dłoń na jej ramieniu i uśmiechnął się do Blythe'a, któremu zaschło w gardle ze wzruszenia. Wytarł łzę spływającą po policzku i ruszył w objęcia rodziców.
_______
Jestem, jestem. Nie był to miesiąc, który obiecałam, ale też nie pięć, jak to ostatnio bywało. Muszę przyznać, że jestem zadowolona z tego rozdziału. Jest dłuższy niż zwykle, może nie powalający, ale mnie napawa dumą.
Cieszę się, że jednak jeszcze ktoś to czyta, dziękuję za komentarze. Niewiele, ale to zawsze coś. Pragnę ogłosić, że usuwam wpisy z Księgi Gości, bo trochę się ich nazbierało, a większość ludzi, którzy prosili o informowanie, nie są już zainteresowani, więc... Jeśli ktoś jest zainteresowany powiadamianiem, proszę o wpis do Księgi.
Ok, to chyba wszystko. Nie Powiem, kiedy dokładnie dodam następny rozdział, ale na pewno nie będzie to pięć miesięcy.
Do następnego!
środa, 15.grudnia.2010, 19:24