Pogoda powoli ulegała zmianie. Zima w końcu zaczęła ustępować i słońce nareszcie zostało dopuszczone do uczestniczenia w życiu mieszkańców Londynu, przedarło się przez chmury i poczęło niszczyć to, co mróz tworzył przez długie miesiące. Zwisające z dachów sople nie były już zagrożeniem dla spacerujących po mieście osób, stały się bezbronne, całkowicie wystawione na działanie bezlitosnego słońca. Znikały zalegające na ulicach zaspy śniegu, pozostawiając po sobie tylko brudne kałuże – jedyną pamiątkę po białym puchu. Mieszkańcy Londynu powoli budzili się z zimowego odrętwienia, opuszczali domostwa i tłumnie wychodzili na ulicę, by choć przez chwilę nacieszyć się promieniami słonecznymi. Dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale i nawet duchy powitały go z otwartymi ramionami.
Edith podskakiwała przed piekarnią na Harrington Road, wystawiając buzię do słońca i wyciągając w jego kierunku swoje szczupłe rączki. Na jej drobnej twarzy malował się szeroki uśmiech, od którego człowiekowi robiło się cieplej na sercu. Blythe spoglądał na nią spod przymrużonych powiek, zastanawiając się jednocześnie, kiedy Julianne wyjdzie ze sklepu. Szczerze powiedziawszy zaczął przyzwyczajać się do obecności młodej panny Hammilton i nawet czasami cieszył się z jej towarzystwa. Dziewczyna była urocza i zabawna, przez co łatwo było ją polubić. Sporym jednak minusem były jej gadulstwo i dociekliwość, które nie wszystkim mogły się podobać. Szczególnie komuś, kto nie przespał nocy, zjadł za słodką owsiankę na śniadanie i został moralnie sponiewierany przez umarlaka. Można więc się domyślić, że nastroju Blythe'a nie dało się określić mianem wyśmienitego, nie był nawet dobry, chłopak jednak starał się tego nie okazywać i mimo zmęczenia zgodził się towarzyszyć Julianne w krótkiej przechadzce.
Stojąc przed piekarnią, zaczął żałować swojej decyzji, oddałby teraz wszystko, by znaleźć się w swojej sypialni, gdzie panowała kojąca umysł cisza; by ułożyć się wygodnie na łóżku i odpłynąć tam, gdzie nie ma ludzi, duchów i wszystkiego, czego miał dosyć w chwili obecnej. Bennett zamknął oczy, starając się uspokoić, wyciszyć i odizolować od świata, co było dosyć trudne, biorąc pod uwagę fakt, że znajdował się na jednej z ulic w centrum miasta w poniedziałkowy poranek. Zewsząd docierały do niego głosy mieszkańców Londynu, śmiechy, przekleństwa, nawoływania, do czaszki wdzierał się głośny stukot końskich kopyt i drewnianych kół powozów uderzających o bruk. Blythe otworzył oczy, wzdychając ciężko i przeklinając w duchu cały ten zgiełk. Obok niego stała Edith, z zaniepokojeniem wypisanym na twarzy. Wpatrywała się w niego jakiś czas, po czym stanęła na palcach i przyłożyła swoją chłodną dłoń do jego policzka.
- Wszystko w porządku? – zapytała, widząc jak chłopak wzdryga się pod wpływem jej dotyku.
- Tak. A właściwie, nie. Jestem zmęczony, zmartwiony i chyba mam gorączkę.
- Powinieneś odpocząć – zawyrokowała Edith, po czym odsunęła się od niego na kilka kroków. - Miltona znajdziesz później. Półżywy nic nie wskórasz.
- Nic nierobienie też mi nie pomoże – odparł Blythe marząc o tym, aby Julianne w końcu wyszła z tego przeklętego sklepu.
- Odpocznij, wyśpij się, poczujesz się lepiej. O, dama wraca.
Chwilę później zabrzęczał dzwonek nad drzwiami piekarni i przed wejściem pojawiła się Julianne, trzymając w ręku sporą papierową torbę.
- Już jestem. Przepraszam, że to tak długo trwało. Możemy już wracać.
Blythe skinął głową, wziął od niej zakupy i bezgłośnie pożegnał się z Edith, uważając, by Julianne niczego nie zauważyła. Dziewczynka posmutniała. Opadły jej ramiona, przestała się uśmiechać. Bez zbytniego entuzjazmu pomachała mu ręką i przeszła przez witrynę sklepową, ani razu się nie odwracając.
***
Posiadłość Bennettów płonęła. Pożoga trawiła wszystko, co napotkała na swojej drodze. Płomienie lizały mury, z okien pozbawionych szyb buchały kłęby czarnego dymu, unoszące się wysoko ponad budynek. Przeraźliwe trzaski i syki wydobywały się z wnętrza domu. Szeroko otwarte drzwi wejściowe zasłaniała ściana płomieni. Nie było czego ratować, każde pomieszczenie skąpane było w ogniu, każdy dywan, zasłona, wszystkie meble. Rozległ się ogromny łoskot, gdy zawaliło się piętro, mury powoli zaczynały pękać, osuwały się ściany. Koszmar trwał przez całą noc, dopiero poranna ulewa zdołała ugasić pożar. W powietrzu unosił się smród spalenizny, gęsto było od siwego dymu. Malcolm patrzył na to wszystko zamglonym wzrokiem. Po jego policzku stoczyła się łza, którą mężczyzna wytarł wierzchem dłoni. Odwrócił się i biegiem udał w stronę lasu. Po chwili jego sylwetka zniknęła pośród drzew. Przed oczami młodego Bennetta pojawiły się twarze rodziców. Uśmiechający się ojciec i nawołująca syna matka. Blythe, Blythe...
- Blythe! Blythe, na miłość boską, obudź się w końcu!
Chłopak otworzył oczy i ujrzał pochylającego się nad nim Ellinbore'a. Dopiero po chwili dotarło do niego, że to, co przed chwilą widział, to tylko sen. Poczuł, że jest zlany potem, zdał sobie sprawę, że jego ciałem wstrząsają drgawki. Paliło go w gardle, czuł suchość w ustach i było mu koszmarnie zimno. Podciągnął się na łokciach i opadł na poduszkę, dysząc z wysiłku. Wszystko go bolało. Koło jego łóżka siedziała Julianne, wyraźnie przestraszona. Miała szeroko otwarte oczy i sprawiała wrażenie, jakby nie bardzo wiedziała co ma robić.
- Zaraz przyjdzie lekarz, nie ruszaj się z miejsca – zakomenderował Ellinbore, kierując się do wyjścia i głośno sapiąc. - To wszystko nie na moje biedne, stare serce.
- Obudził mnie krzyk – powiedziała cicho Julianne, patrząc na Bennetta szeroko otwartymi oczami. Była blada i wyraźnie przestraszona. - W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, ale postanowiłam sprawdzić... Wyjrzałam na korytarz i zobaczyłam, jak Archibald spieszy na górę, więc ruszyłam za nim. Rzucał się panicz w łóżku, wykrzykiwał imiona rodziców... Nie mogliśmy panicza obudzić.
- To tylko zły sen, nic mi nie jest. Julianne, możesz powiedzieć Ellinbore'owi, że nie musi wzywać lekarza.
Młoda Hammilton spojrzała zdumiona na chłopaka, po czym przybrała groźną minę.
- Nie ma mowy! Lekarz musi zbadać panicza! Przyjaciel mojego ojca zlekceważył kiedyś gorączkę, tak samo twierdził, że nic mu nie jest. Przez tydzień chodził chorowity, aż zasłabł w pracy. Mało brakowało, a przeszedłby na tamten świat. Dlatego nie można lekceważyć żadnej choroby, chociażby tej najmniejszej. Lekarz zbada panicza, przepisze medykamenty i wszyscy będziemy zadowoleni.
Blythe był zaskoczony jej stanowczym tonem. Pokiwał więc tylko głową i nie śmiał już protestować.
Po dziesięciu minutach wrócił Ellinbore, prowadząc doktora. Był to młody człowiek, mający nie więcej niż trzydzieści lat, szczupły, wysoki, utykający na jedną nogę. Sięgające łopatek brązowe włosy przewiązane miał wstążką, ubrany był elegancko i schludnie. Uśmiechnął się do leżącego w łóżku chłopaka, postawił torbę na podłodze i zabrał się do badania pacjenta.
- To grypa – zawyrokował lekarz po kilku minutach. Otworzył usta, chcąc coś dodać, ale zaraz je zamknął. Zmarszczył czoło i zacisnął wargi, jakby powstrzymując się od wypowiedzenia czegoś niewłaściwego.
- Pięknie, tego nam jeszcze brakowało – Ellinbore był zły i zmartwiony zarazem. Wytarł czoło bawełnianą chusteczką i opadł na fotel stojący pod oknem. Julianne wstała jednym zgrabnym ruchem i oparła dłonie na biodrach, patrząc na starca z przyganą.
- Przecież to nie jego wina! - warknęła. - Równie dobrze to pan mógł zachorować!
- Ależ oczywiście! Tylko że ja nie latam z gołą głową w największe mrozy, nie zgrywam niezniszczalnego i zahartowanego i nie wychodzę z domu, jeśli nie muszę. Kto by mi kazał szwendać się nocami po ulicach w cieniutkim płaszczyku podszytym wiatrem!
- A co ten chłopak robi w nocy poza domem? - zapytał lekarz patrząc podejrzliwie to na Archibalda, to na leżącego w łóżku Blythe'a.
- Oczywiście, że nic. Tak mi się powiedziało.
Bennett jęknął cicho i wcale nie z bólu, ale z niedowierzania nad bezmyślnością swojego mentora. Mógłby bardziej uważać na słowa.
Lekarz jeszcze przez jakiś czas lustrował wzrokiem gospodarza, po czym postawił na etażerce kilka butelek z podejrzanymi płynami i jedną ze sporymi, białymi pigułkami.
- To antybiotyk – uprzedził pytanie Archibalda i zanotował coś w małym notatniku. - A to syropy. Proszę mu je podawać wedle wskazań. - Mężczyzna wyrwał kartkę z zeszytu i położył ją pod jedną z buteleczek.
- Oczywiście. Dziękuję panu za tak prędką reakcję – Ellinbore wydawał się naprawdę wdzięczny.
- To mój obowiązek – uśmiechnął się lekarz, po czym jeszcze raz przyłożył rękę do czoła Blythe'a i burknął coś cicho z wyraźną dezaprobatą.
- Proszę mu podać leki, zanim gorączka jeszcze bardziej wzrośnie. A jeśli chłopakowi się pogorszy, proszę natychmiast po mnie posłać, nieważne o której godzinie.
- Oczywiście – powtórzył Archibald i podniósł się z fotela, sapiąc cicho. - A teraz zejdźmy na dół, ureguluję rachunek.
Julianne krążyła po sypialni Blythe'a, czytając zapisane przez lekarza wskazówki. Kiwała lekko głową, jakby uczyła się ich na pamięć, po czym wyszła z pomieszczenia i wróciła po chwili ze szklanką zimnej herbaty.
- Przepraszam, że zimna, Mary zostawia dla mnie wieczorem dzbanek herbaty. Nie chciałam czekać aż woda się zagotuje, a później ostygnie na tyle, by można było się napić. Lepiej, żeby panicz jak najszybciej wziął te leki.
Blythe uśmiechnął się z wdzięcznością i bez protestów przyjął zalecone dawki, po czym opadł na poduszkę i podciągnął kołdrę pod samą brodę. Było mu koszmarnie zimno.
- Powinien teraz panicz się przespać, ja też udam się na spoczynek, a zajrzę tu z samego rana. Dobranoc.
- Dobranoc. I dziękuję, Julianne.
Dziewczyna skinęła głową i szybko opuściła sypialnię Bennetta, ukrywając pokaźny rumieniec, który rozlał się na jej policzkach.
***
Blythe długo nie mógł zasnąć. Przez większą część nocy miotał się w łóżku, przewracał z boku na bok, zrzucał z siebie kołdrę lub przykrywał pod samą brodę. Było mu na przemian zimno i gorąco. Chciało mu się spać, jednak nie sen nie przychodził, mimo iż powieki miał ciężkie jak z ołowiu. W końcu, sfrustrowany poprawił poduszki i opadł na nie, wpatrując się w bordowy baldachim. Był wyczerpany, zmęczony i osłabiony, trawiła go gorączka. Leżąc na wznak, z rękami rozłożonymi na boki, przypomniał sobie, że już kiedyś czuł się podobnie. Kilka lat temu, gdy kiełkowała w nim pewna umiejętność – dar, jak powiedział Alden. Alden. Pierwszy duch, jakiego młody Bennett ujrzał, pierwszy nauczyciel i pierwszy przyjaciel. Naraz chłopca ogarnęła tęsknota za domem, za rodzinnym miastem. Za zielonym Helston, wolnym od zgiełku, za pustymi ulicami i parkiem miejskim, za powrotami do posiadłości i posiłkami z rodzicami. Za Aldenem, Margaret i wyprawami do lasu. Tęsknił za tak wieloma rzeczami... Oczy same się zamknęły.
Blythe'a obudził szelest przewracanych kartek i przestawianych rzeczy. Uniósł powieki. Poraziła go jasność światła. Przez chwilę widział tylko biel, lecz po chwili wzrok mu się wyostrzył i powrócił do stanu, który swobodnie można nazwać mianem normalnego. Hałas, który kazał mu wyplątać się z objęć Morfeusza, powodowała Julianne, która jakby nigdy nic, robiła porządek na biurku młodego panicza. Blythe zerwał się z łózka, podbiegł do dziewczyny na tyle szybko, na ile pozwalała mu jego choroba i stanowczo wyjął z jej rąk cenne zapiski, których nie powinna oglądać.
- Nie powinna panienka tego ruszać – powiedział z przyganą. Zgarnął wszystkie luźne kartki i schował do szuflady, którą zamknął na klucz. Pozamykał otwarte książki i odłożył na półkę, po czym spojrzał na oszołomioną Julianne.
- Ja... - zająknęła się. - Chciałam tu tylko posprzątać.
- Nie trzeba. W tym pomieszczeniu sprzątam ja i rzeczy, które tu leżą, dotykam tylko ja.
- Nie wiedziałam...
- Nic się nie stało. Wiem, że chciała panienka dobrze, ale mam swoje przyzwyczajenia i zasady i nie lubię, kiedy ktoś rusza moje osobiste przedmioty.
Dziewczyna kiwnęła głową na znak zrozumienia, po czym spłonęła rumieńcem. Blythe powstrzymał uśmiech i odgarnął z czoła mokre włosy. Wrócił do łóżka i opadł na nie, dysząc ciężko.
Julianne przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić.
- Powiem Mary, że już się panicz obudził. Przygotuje śniadanie.
Dziewczyna wyszła z sypialni, a Blythe nasłuchiwał jej oddalających się kroków. Odetchnął głęboko, zastanawiając się jednocześnie, czy nadal byłaby dla niego taka miła, gdyby dowiedziała się, że widzi duchy, mało tego, rozmawia z nimi, a z niektórymi nawet przyjaźni. Pewnie jeszcze tego samego dnia spakowałaby swoje rzeczy i wróciła do Helston. Bennett zaśmiał się, a zaraz potem zaniósł kaszlem. Ciężkie jest życie młodego egzorcysty.
___________
Zabijcie mnie, byle szybko i żeby za bardzo nie bolało. Wiem, znowu minęło pięć miesięcy, a ja dodaję rozdział. Wybaczcie, ale kompletnie nie miałam weny. Byłam w literackiej pustce, ale już wróciłam. Mam masę pomysłów i zapał. Będę pisać i nie zamierzam kończyć. Przynajmniej nie teraz. Oddam komputer do naprawy, bo odmawia współpracy, ale gdy tylko go odbiorę nic mnie nie zatrzyma. Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem. W ciągu miesiąca postaram się dodać następny. Mam nadzieję, że ktoś to jeszcze czyta.
Pozdrawiam.
poniedziałek, 1.listopada.2010, 15:17