Nieznajomy


Noc była piękna. Potęgi i powagi granatowego nieba nie burzyła ani jedna chmura, więc Londyn skąpany był w srebrzystej poświacie Księżyca, który dumnie górował nad wszystkim. Śnieg roztopił się całkowicie, kałuże, które po nim zostały zdążyły wyschnąć. Zima się jednak nie skończyła, o czym przypominało przeraźliwe zimno, przez które człowiek nie miał ochoty opuszczać domu. Idąc Harrington Road, Blythe nasłuchiwał kroków, które w każdej chwili mogły się odezwać za jego plecami. To zabawne, że przejmował się ludźmi, którzy pojawiali się na ulicach o tej godzinie, biorąc pod uwagę fakt, że szkolił się na egzorcystę, i że niejeden raz miał do czynienia z naprawdę fatalnymi przypadkami okaleczonych dusz. Młody Bennett jednak wiedział, że duchy wyrządzą mu znacznie mniejszą krzywdę, niż przestępcy czatujący w bramach, i mimo że trzymali się od niego z daleka, wolał nie eksploatować swojego szczęścia i pomimo wszystko uważać. Ostrożności nigdy za wiele. Nie chciał dołączyć do grona duchów, które błąkały się po ulicach, niezauważane, niepotrzebne.
Blythe poprawił kołnierz płaszcza i odgarnął z oczu mokrą grzywkę, krzywiąc się na padający śnieg z deszczem. Miał już dość zimy, dość Londynu, dość Julianne Hammilton i dość uganiania się za czymś, czego nie miał szansy złapać. Za każdym razem, gdy udało mu się znaleźć Miltona, ten znikał, zanim Blythe zdążył otworzyć usta lub najpierw go atakował, a później dopiero uciekał. Było to do tego stopnia frustrujące, że chłopak rozważał zostawienie tej sprawy komuś innemu. No tak, pytanie tylko brzmi: komu? O ile wiedział, w Londynie nie było nikogo innego poza nim i Ellinborem, kto zajmowałby się egzorcyzmami. No i przecież obiecał Edith... Szlag by to. Gdyby nie dane słowo, Blythe już dawno rzuciłby to wszystko w diabły. Ale nie, lepiej zgrywać bohatera i udawać wszechmogącego.
- Boże, pomógłbyś mi od czasu do czasu – szepnął chłopak, wciskając ręce do kieszeni i opierając się o ścianę piekarni na Harrington Road.
Zimno porządnie dało mu w kość, marzył tylko o tym, by zasiąść w fotelu przed kominkiem, z kubkiem gorącego kakao w dłoniach i ciasteczkami z płatkami migdałowymi w półmisku na stoliku, po które sięgałby co chwilę... Rozległo się stłumione przez gruby płaszcz burknięcie i Bennett złapał się za brzuch. Zimno i głód to nie najlepsza mieszanka, a jeśli dodać do tego perspektywę nocnego spaceru po cmentarzu, miało się ochotę upaść na zmarzniętą ziemię i już nigdy się nie podnieść.
Blythe był rozkojarzony, więc nie od razu dotarło do niego, że nie jest sam na ulicy. Najpierw usłyszał kroki, a później, nim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, schować się lub odejść, z mroku wyszła wysoka postać. Bennett spiął się, starając wyglądać na groźnego i niedającego się zastraszyć, ale mężczyzna przeszedł tylko obok niego, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Do nozdrzy chłopaka wdarł się przykry odór. W pierwszej chwili Blythe pomyślał, że to czyściciel kanałów, ale elegancki strój nie pasował do człowieka, który parałby się tego rodzaju pracą. Bennett przyjrzał się uważniej oddalającej się sylwetce, mając wrażenie, że już wcześniej spotkał tego człowieka. Nie wiedząc, co innego może zrobić, ruszył za śmierdzącym nieznajomym, jednocześnie myśląc nad tym kiedy i gdzie go wcześniej spotkał. A im dłużej się zastanawiał, tym więcej sobie przypominał. Po pięciu minutach marszu po ciemnych i niebezpiecznych ulicach Londynu, Blythe miał już wszystkie potrzebne informacje. To było zanim przyjechał po naukę do Ellinbore'a. Wychodził z piekarni i wpadł na eleganckiego jegomościa, cuchnącego zgnilizną. Właśnie, to nie kanałowe fekalia, tylko zgnilizna. Odór psującego się... Nie. Bennett stanął w miejscu, jakby nogi wrosły mu w ziemię. Otworzył szeroko oczy i złapał się za serce, które boleśnie tłukło mu się w piersi. Nie – powtórzył w myślach. To niemożliwe. Niemożliwe.
- To niemożliwe – wydyszał, próbując się uspokoić. Ręce mu drżały, nogi były jak z waty.
Nieznajomy nadal szedł przed siebie, sprawiając wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś go śledzi. Albo jakby niewiele go to interesowało. Blythe cały czas stał w miejscu, wstrząśnięty swoim odkryciem. To nie był czyściciel kanałów, ani bezdomny. To nie był nawet człowiek. To martwe ciało, które dusza zmuszała do funkcjonowania.
To zombie.

Echo kroków odbijało się od brudnych ścian kamienic na Magnolia Road. Blythe szedł równym krokiem, nie spuszczając z oczu swojego nowego przyjaciela, a jednocześnie kontrolując okolicę. Nie mieszkał w Londynie od urodzenia, nie znał każdej ulicy, każdego zakrętu i zaułka. Nie chciał zapuścić się gdzieś, skąd nie będzie mógł wrócić do domu, a perspektywa spędzenia całej nocy pod gołym niebem, nie napawała go zbytnim entuzjazmem. Bennett zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie śledził nieznajomego, kiedy ten nagle skręcił. Chłopak, będący około dwudziestu pięciu metrów dalej, puścił się biegiem, przerażony tym, że zgubi zombie. Odetchnął z ulgą, kiedy wychylając się zza krawędzi jednego z budynków, dostrzegł kołyszącą się na boki sylwetkę. Bennetta powoli zaczynało ogarniać zmęczenie. Natłok wrażeń, informacji, i multum nieprzespanych godzin, nałożyły się na siebie. I dały o sobie znać właśnie teraz. Blythe potknął się o nierówność bruku i upadł jak długi na brudną ziemię. Szczęście, że zdążył wyciągnąć ręce z kieszeni, chociaż minimalnie amortyzując upadek. Zaklął szpetnie, podnosząc się i otrzepując ubranie. Dopiero po chwili przypomniał sobie o martwym jegomościu. Nie była to dla niego niespodzianka, kiedy nigdzie nie mógł go dostrzec. Chcąc nie chcąc, narobił sporo hałasu swoim upadkiem, więc jeśli nie spłoszył umarlaka wcześniejszym śledziem, to teraz na pewno to zrobił. Zrezygnowany, przeszedł jeszcze po kilku ulicach, ale okolica była pusta, jeśli nie liczyć węszącego przy śmietniku psa. Cóż, pozostaje tylko nadzieja, że wrodzona niezdarność Blythe'a nie przekreśliła jego szansy na odkrycie, co takiego ważnego miała do załatwienia dusza, że posunęła się do kradzieży ciała. A jak wiadomo, nadzieja matką głupich.

- Czy nie powinniśmy obudzić panicza Bennetta? Jestem pewna, że nie chciałby przespać śniadania – odezwała się Julianne, smarując bułkę masłem.
- Niech jeszcze śpi. Nie tylko starsi ludzie potrzebują wypoczynku.
- Ale już kwadrans po dziesiątej – Julianne upiła łyk mleka i po chwili łzy napłynęły jej do oczu. Przełknęła płyn i otworzyła szeroko usta, wachlując się dłonią.
- Mary! - zawołał Ellinbore do służącej. - Przynieś szybko szklankę zimnej wody. Panienka Hammilton się oparzyła.
Kobieta pobiegła do kuchni i już po chwili wróciła ze szklanką wody. Podała ją Julianne i oddaliła się.
- Wszystko w porządku? - zapytał z troską Archibald, chociaż kąciki jego ust lekko drgały. Mała Hammilton była urocza i zabawna i mimo że czasami miał ochotę wybuchnąć śmiechem, nie robił tego z czystej grzeczności.
Julianne skinęła głową, jednak odsunęła od siebie talerz z jedzeniem, obrzucając szklankę z mlekiem oskarżycielskim spojrzeniem.
- Jeśli skończyłaś już jeść, może zechcesz mi towarzyszyć w krótkiej przechadzce? Muszę odebrać płaszcz od krawca.
Na twarzy panny Hammilton zagościł uśmiech. Zerwała się z krzesła i ruszyła do wyjścia z jadalni, odwracając się przy drzwiach i rzucając tylko szybkie: wracam za minutkę.
- Blythe, powinieneś całować mnie stopach. W końcu to twoi goście – powiedział do siebie Ellinbore, zakładając gruby, szary płaszcz i zdejmując z wieszaka melonik.

Piekarnia na Harrington Road była zapełniona. Ludzie tłoczyli się przy ladzie, za którą uwijała się przysadzista pani Carter. W środku było duszno i gorąco, ale Edith tego nie czuła. Trudno czuć cokolwiek, kiedy nie ma się ciała. Siedząc na wystawie, przodem do wnętrza sklepu, obserwowała ludzi, którzy przychodzili po wypieki. Niektórzy zaglądali tu codziennie, inni tylko w piątki, jedni kupowali wielkie bochenki chleba, rogale maślane i pyszne babeczki z owocami, drudzy tylko kilka bułek. Edith lubiła przesiadywać w piekarni, cieszyła się, że Blythe postanowił jej pomóc, i że nie musi błąkać się po ulicach Londynu jak inne duchy. Tak, widziała je. Mnóstwo perłowobiałych przygnębionych postaci, snujących się bez celu na niewielkim obszarze. Uwiązani w jednym miejscu, niemogący opuścić celi o niewidzialnych ścianach... Nie rozumiała, czemu nie może odejść, czemu ma ograniczoną przestrzeń. Kiedy poprosiła Blythe'a, żeby jej to wyjaśnił, najpierw uśmiechnął się smutno, a później powiedział:
- W porządku, powiem ci, ale musisz słuchać uważnie, bo to dosyć skomplikowane. Kiedy ciało umiera, dusza musi dokonać wyboru, czy chce odejść, czy pragnie wrócić do świata, w którym żyła wcześniej. To trudne, by dokonać właściwej decyzji i niestety często zdarza się tak, że duchy jej żałują. Nie dociera do nich to, że jeśli wrócą, nie będzie już tak jak kiedyś, nie zdają sobie sprawy z tego, że będą błąkać się po świecie do końca jego istnienia. Lub do momentu, kiedy ktoś taki jak ja, postanowi się ich pozbyć. Nie wiem, dokąd wysyłam dusze, ale wierzę w to, że to miejsce spełni wszystkie ich oczekiwania, że to ich raj, w którym znajdą bliskich, i w którym będą wieść szczęśliwe, życie po śmierci. Niewielka część osób pragnie odejść na zawsze, więc jeśli umiera ich ciało, umiera także dusza. I wtedy następuje koniec. Ale bywa też tak, że straszne wydarzenie lub niedokończona, nierozwiązana sprawa nie pozwala im dokonać wyboru i wtedy niezależnie od ich woli, wracają. Są wtedy uwiązani w miejscu, w którym zginęli do czasu, aż ktoś zlituje się nad nimi i dokończy sprawę za nich. Mogą też błąkać się do końca świata, poruszając się tylko po niewielkim obszarze, mając nadzieję, że ktoś ich w końcu uwolni. Nazywamy to z Ellinborem smyczą. Zdarza się, że duchy tracą wszelką nadzieję i powoli pogrążają się w otchłani smutku. Stają się złośliwe i z żalu chcą uprzykrzyć życie żywym. Powoli przekształcają się w upiory, tak zwane złe duchy. Złe duchy rodzą się też w inny sposób, taki, jak twój brat. Przez popełnienie zbrodni.
- Czyli Milton jest... Zły?
- W tej chwili tak, ale mogę to zmienić. Najpierw jednak muszę go znaleźć i nakłonić do tego, aby przejrzał na oczy. Widzisz, Edith, egzorcyści są w stanie nawrócić na dobrą drogę złe duchy. Jeśli mi się to uda, przyprowadzę tu Miltona i odeślę was tam, gdzie powinniście trafić od samego początku. To znaczy od waszej śmierci.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.

______
Nię mogę w to uwierzyć. Minęło pięć miesięcy, a ja dopiero teraz dodaję nowy rozdział. Jest mi wstyd, poważnie. Niestety cierpię na brak weny, który widać na wszystkich moich stronach. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie. Chciałabym uprzedzić, że nie będę informować o nowych rozdziałach, przynajmniej na razie.
To chyba wszystko.

Aha, potrzebny mi szablon. To zawsze pomagało mi przy braku Weny. Niestety szablonu też nie mogę zrobić. Wszystkie, które zaczynałam, skończyły w koszu.


czwartek, 17.czerwca.2010, 21:57

krytyka krytyka :: czwartek, 17 czerwca 2010 22:08:14
81.168.185.250

Oceny blogów z prawdziwego zdarzenia.
Zapraszamy!

Konto usunięte :: sobota, 19 czerwca 2010 15:46:57
89.228.236.55

Jej, jak się cieszę, nowy rozdział! Świetnie napisany, jak zwykle zresztą :) Spodziewałam sie wszystkiego, tylko nie zombie... Zaskakujesz praktycznie w każdym rozdziale. Trochę za krótko, jak na mój gust, ale cieszę się, że w ogóle cokolwiek napisałaś ;) No i podejrzewam, że Blythe i zombie jeszcze się spotkają...

pozdrawiam :)

panna-ama amaranta :: sobota, 19 czerwca 2010 18:04:14
79.163.37.84

Kurde, nie powiem Ci, dziewczyno, pięć miesięcy to kupa czasu, a ja się czuję, jakbym czytała poprzedni rozdział wczoraj. Na kolana powalił mnie ten akapit o zombie i może tego nie widzisz, ale właśnie biję Ci pokłony... Ta historia z Miltonem też robi się coraz ciekawsza i mam nadzieję, że Bylthe'owi uda się go jakoś udobruchać bez zbędnych uszkodzeń ciała czy coś ;) I nie dziwię mu się, że ucieka od swoich gości - też bym tak zrobiła :P
Pozdrawiam i życzę Ci powrotu weny! :*

krytyka krytyka :: czwartek, 24 czerwca 2010 16:36:43
188.47.102.32

Oceniłam, LOLA

ojcze-nasz ojcze-nasz :: sobota, 17 lipica 2010 15:37:31
83.8.58.185

Przeczytałam ocenę Twojego opowiadania na Krytyce i muszę powiedzieć, że nie do końca się z nią zgadzam.

Lola napisała tam, że Twój język jest prosty i przeciętny, a to nie prawda.
Budujesz ładne, długie opisy i posługujesz się językiem literackim, czyli jak najbardziej odpowiednim.

Nowy szablon? Ten mi się podoba, jest świetny. Sama chciałabym taki mieć, ale widzę, że jest zrobiony na zamówienie, więc nic z tego ;p
Chyba nie działa Ci muzyka, bo nie mogę jej włączyć.

Nie czytałam zbyt wiele opowiadań o duchach na mylogu, ale Twoje mi się spodobało i na pewno będę czytać dalej. Egzorcyzmy to coś, na czym się znam, więc przyciągnęłaś moją uwagę ;p
Nie trać weny, nadziei i pisz!

Pozdrawiam,
Holly.

Alicja Alicja. :: środa, 15 lutego 2012 08:19:40
78.8.195.252

Masz dobry styl. Opowiadanie dobrze się czyta! Gratuluję!



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho