Drogi synu,
dziękujemy Ci za Twój ostatni list. Martwiliśmy się, że w jakiś sposób doznałeś uszczerbku na zdrowiu, gdyż długo nie otrzymywaliśmy od Ciebie żadnej wiadomości. Cieszy nas myśl, że już niedługo wrócisz do domu rodzinnego, tęsknimy bardzo i chcemy, żebyś już był z nami. Na Twoje urodziny postaramy się zawitać do Londynu, aby ten wyjątkowy dzień upłynął Ci w rodzinnym gronie.
Martwi nas to, że postanowiłeś przedłużyć swój pobyt w Londynie o kilka miesięcy, domyślamy się, że były ku temu specjalne powody, prosimy jednak, abyś uważał na siebie.
Jesteśmy z Tobą w każdej godzinie, mimo że dzielą nas setki kilometrów. Myślimy o Tobie codziennie i wyglądamy Twojego rychłego powrotu.
Z wyrazami miłości,
rodzice.
P.S. W niedzielny poranek spodziewaj się Julianne Hammilton. Matka nie mogła wyperswadować jej pomysłu podróży do Londynu, sama nie mogła wybrać się razem z nią, gdyż czuwa przy chorym mężu. Panienka przybyła do nas, prosząc o Twój adres i razem z nianią swoją, wyjechała, by się z Tobą zobaczyć. Bądź uprzejmy, waż słowa, pokaż jej miasto i przy najbliższej okazji odeślij do domu.
Przekaż wyrazy szacunku panu Ellinbore'owi i podziękuj od nas za opiekę, jaką nad Tobą sprawuje.
Blythe odłożył list i westchnął w duchu. Dzisiaj była niedziela. Dzisiaj niedziela. Niedziela.
Jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że Julianne przyjedzie dzisiejszego dnia, może za kilka godzin, może za kilka minut, za chwilę, zerwał się z krzesła i ruszył na dół, powłócząc nogami. Wbiegł na pogrążony w mroku korytarz, w rozpiętej kamizelce i przewieszonej na szyi wstążce, próbując w biegu ją zawiązać. Wpadł przez jedne z drzwi i znalazł się w sypialni swojego nauczyciela.
- Archibaldzie, będziemy mieć gościa.
Od ogromnego łoża z masywnymi kolumnami i czerwonymi kotarami dobiegło mruknięcie, parsknięcie i Ellinbore odwrócił się na drugi bok.
- Archibaldzie, obudź się! Lada chwila może przybyć panienka Hammilton, a my nie mamy nic przygotowane, nawet śniadania, jesteśmy w lesie!
- Blythe, chłopcze, daj mi spokój. Idź się połóż, pewnie jesteś zmęczony. Nie jesteśmy w lesie, tylko w domu, a konkretnie w mojej sypialni.
- Stary dureń – syknął Blythe i opuścił pomieszczenie, głośno trzaskając drzwiami.
Ellinbore uniósł głowę znad poduszki i zawołał za chłopakiem:
- Może i dureń, ale na pewno nie stary! Jestem w sile wieku, zapamiętaj to sobie, chłopcze! Impertynent!
***
Młody Bennett spacerował po swojej sypialni, co chwilę wyglądając przez okno. Przygryzał wargi ze zdenerwowania i zaciskał pięści, aż bielały mu knykcie. Dochodziła godzina jedenasta, czyli według Blythe'a już nie ranek. Chłopak zastanawiał się, czy panience Hammilton nic się nie stało w czasie podróży, czy nikt nie napadł na powóz, czy się nie rozchorowała... Było tyle możliwości, które z łatwością mogły przyprawić o silny ból głowy, że Blythe nie wiedział, czy ma już posłać kogoś, by sprawdził drogę dojazdową do miasta, zostać w domu, czy może pojechać do państwa Hammilton? Może Julianne się rozmyśliła i wróciła do domu? W gruncie rzeczy pomysł wyprawy do Helston nie był taki zły, mógłby odwiedzić rodziców...
Na bruku w końcu rozległ się stukot końskich kopyt i pod kamienicę zajechał czarny powóz. Blythe wpatrywał się z oczekiwaniem w klamkę na drzwiczkach i kiedy te się w końcu otworzyły, wstrzymał oddech. Na ziemi pojawiła się najpierw pulchna stopa odziana w brązowy bucik, później mignął rąbek szarej sukni, na którą po chwili spadł ciężki, ciemnobrązowy płaszcz. Bennett zmarszczył brwi i przywołał w myślach obraz blondwłosej dziewczynki, nieśmiałej, jednak na swój sposób uroczej, która chowała się za plecami swojego ojca w salonie domu Bennettów. To wspomnienie zdecydowanie nie pasowało do pięćdziesięcioletniej kobiety z siwymi włosami wystającymi spod jej futrzanej czapy. To na pewno nie była panienka Hammilton. Blythe przypomniał sobie treść listu od rodziców i stwierdził, że to musi być niania. Oczywiście, przecież młoda dama nie może podróżować sama. To absurd.
Chłopak otrząsnął się z zamyślenia i wypadł z pokoju. Zbiegł po schodach, błyskawicznie przeciął niewielki hall i dopadł do drzwi frontowych w tym samym momencie, w którym rozległ się dzwonek. Blythe wyprostował kołnierzyk, poprawił wstążkę zawiązaną pod szyją, odchrząknął cicho kilka razy i uchylił drzwi.
- Dzień dobry, czy to pan... - zaczęła niania, ale została odepchnięta na bok i na jej miejscu pojawiła się średniego wzrostu dziewczyna o ciemnoblond włosach, z bladą twarzą usianą piegami. Brązowe oczy lśniły jakimś dziwnym blaskiem, a na malinowych wargach błąkał się szczery uśmiech.
- Dzień dobry, paniczu Bennett – głos Julianne był dosyć głośny, o miłym brzmieniu, jednak dało się dosłyszeć drżenie. - Miło znowu panicza widzieć.
- Witam, panienko Hammilton – Blythe skłonił się nisko i gestem zaprosił gości do środka.
Kiedy wszyscy znaleźli się w hallu, zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Ellinbore, schodząc po schodach z szeroko rozłożonymi ramionami. Na jego starej, poznaczonej zmarszczkami twarzy gościł szeroki uśmiech, który odmładzał go o jakieś dziesięć lat.
- Witam w moim domu – powiedział głośno, ściskając energicznie dłoń niani i całując Julianne w zarumienione policzki. Blythe wytrzeszczył oczy, nie wierząc, że ten stary głupiec mógł zdobyć się na taką poufałość. Próbując ukryć zażenowanie, chłopak opuścił wzrok na swoje buty, wcisnął ręce do kieszeni i zawołał lokaja, aby ten zabrał płaszcze gości. Ellinbore cały czas potrząsał dłonią Julianne, prawiąc jej komplementy i wyrażając przeogromną radość z powodu jej przybycia.
- Blythe wiele o panience opowiadał – powiedział Archibald, patrząc na swojego ucznia z wyrazem rozbawienia na twarzy.
- Doprawdy? - zapytała Julianne, a na jej obliczu pojawił się tak dobrze przez Bennetta zapamiętany rumieniec.
Chłopak chciał zadać to samo pytanie, gdyż nie przypominał sobie, aby uciął z Ellinborem pogawędkę na temat panienki Hammilton, wspomniał o niej może raz, może dwa. Zamiast zaprzeczyć, uśmiechnął się tylko drętwo i zaproponował, aby wszyscy udali się do jadalni na drugie śniadanie.
- To bardzo dobry pomysł – krzyknął Archibald i klasnął w dłonie, wskazując przybyłym drzwi po prawej stronie. Otworzył jedno skrzydło, przytrzymując je dla gości. - Doprawdy, ten nasz Blythe jest taki zaradny i pomysłowy...
Chłopak próbował opanować przemożną chęć rzucenia się na swojego mentora i pozbawienia go kilku zębów. Czy Ellinbore sobie z niego żartuje? Czy koniecznie chce go ośmieszyć? Czy to za tamtego „starego durnia”?
- Dzisiejszej nocy lepiej śpij z otwartymi oczami – warknął do Archibalda, mijając go w drzwiach. Stary zaśmiał się tylko głośno i poklepał chłopaka po ramieniu, niemal zwalając go z nóg.
Posiłek przebiegał w przyjemnej atmosferze, choć Blythe był nieco markotny i wciąż obrażony na Ellinbore'a. Mało się odzywał, nie tknął jedzenia i co jakiś czas posyłał Archibaldowi nienawistne spojrzenia. Gdy goście się już najedli, Ellinbore kazał lokajowi zaprowadzić Julianne i jej nianię do pokojów, które dopiero co zostały dla nich przygotowane. Po krótkim odpoczynku i rozpakowaniu kufrów, Julianne koniecznie chciała zwiedzić miasto. Archibald umknął przed koniecznością oprowadzania dam po Londynie, wymawiając się nawałem pracy, lecz Blythe nie miał wyjścia. Z miną męczennika opuścił kamienicę i z uwieszoną na jego ramieniu nianią i panną Hammilton kroczącą obok niej, zapuścił się w labirynt uliczek.
To było dosyć przykre doświadczenie, zważając na to, że Julianne chciała wejść do każdego sklepu, jaki mijali i zajrzeć w każdy zaułek. Po czterech godzinach Bennett był już wykończony i tylko dobre wychowanie i resztki ogłady, jakie mu pozostały, powstrzymywały go przed zagonieniem dam do domu. Blythe z ulgą przyjął do wiadomości informację o tym, że Julianne jest zmęczona, i że wystarczy jej na dzisiaj zwiedzania. Ucieszył się, że mogą już wracać, tym bardziej, że zaczynało się ściemniać i nie chciał, aby goście pierwszego dnia poznali Londyn od jego najgorszej strony. Nianię również ucieszył fakt powrotu, więc na tyle szybko, na ile pozwalały jej pulchne nogi wciśnięte w ciasne buciki, ruszyła za chłopakiem wzdłuż Harrington Road, sapiąc głośno i ukrywając pod chustą czerwony od zimna nos. Julianne leniwym krokiem podążała za nimi, próbując zapamiętać każdy szczegół kamienic, każde ich zdobienie, rysę, pęknięcie. Przechodząc obok piekarni, Blythe spojrzał na wystawę i ujrzał na niej Edith, z nosem przyklejonym do szyby. Skinął jej głową, dając do zrozumienia, że o niej nie zapomniał. Dziewczynka pomachała mu małą rączką i pytająco uniosła brwi, wskazując na Julianne. Bennett tylko wzniósł oczy do nieba, na co Edith zaśmiała się cicho, zakrywając usta dłonią. Tak bardzo chciał jej pomóc opuścić ten paskudny świat, tak bardzo pragnął, by nie błąkała się przez wieczność po brudnych ulicach Londynu. Miał tyle rzeczy do omówienia z Ellinborem, tyle spraw, tyle zmartwień i pytań, a w najmniej odpowiednim momencie zjawia się Julianne Hammilton, z tą swoją radością z życia, uprzejmością, szczerym uśmiechem i słodkim rumieńcem. Teraz musiał uważać na to, co mówi, nie mógł rozmawiać z Archibaldem o rzeczach, które go interesowały, przynajmniej nie wtedy, kiedy goście byli w pobliżu. Musiał uważać, aby żadna z kobiet nie zauważyła jego nocnych zniknięć, a szczególnie jego dziwnego zachowania, mówienia do kogoś, kogo nie widać. Nie mógł pozwolić, aby w ich ręce wpadły jego notatki, książki, wszystko musiał ukryć i przez kilka dni udawać, że jest normalnym człowiekiem, który boi się cmentarzy, nie błądzi po mieście po zmroku, czyta Szekspira i zachwyca się znanymi dziełami sztuki. Zastanawiał się, czy Julianne by uwierzyła, jeśli by jej powiedział prawdę. Tak, na pewno by uwierzyła. W końcu ganianie po nocach za duchami to rozrywka wielu młodych ludzi. Dzień dobry, mam na imię Blythe, urodziłem się w Helston, a obecnie mieszkam w Londynie. W wolnych chwilach lubię rozmawiać z duchami i czytać książki o egzorcyzmach. Doprawdy, z takim życiorysem i zainteresowaniami bardzo łatwo wtopić się w tłum.
***
- Paniczu Bennett, czy wszystko jest w porządku?
Chłopak rozejrzał się po salonie i napotkał zaniepokojone spojrzenie Julianne. Jej brązowe oczy ślizgały się po twarzy Blythe, a on sam czuł, jak palą go policzki. Archibald uparcie wpatrywał się w kominek, udając, że nie zauważył tymczasowego wyłączenia się Blythe'a. Dobrze wiedział, o czym myślał jego uczeń i nie zamierzał dawać tego po sobie poznać.
- Chyba jesteś już zmęczony, co? Idź się połóż, chłopcze, jeśli panienka Hammilton chce jeszcze posiedzieć, to dotrzymam jej towarzystwa.
- W zasadzie ja również poszłabym już spać. Niania chrapie od dobrych dwóch godzin, a przeważnie kładziemy się o tej samej porze.
- W takim razie życzę dobrej nocy. Gdyby czegoś panienka potrzebowała, proszę zawołać lokaja.
- Dziękuję bardzo, panie Ellinbore – Julianne dygnęła i ruszyła w stronę schodów.
- Wolałbym, gdybyś zwracała się do mnie po imieniu, moja droga. Wtedy nie czuję się taki stary.
- Przecież jesteś stary – mruknął Blythe i poklepał Ellinbore'a po plecach. - Dobranoc, Archie.
- Dobranoc, chłopcze. Do zobaczenia jutro – Archibald miał pełną świadomość tego, że gdy tylko panienka Hammilton zaśnie, chłopak wymknie się z domu i popędzi ratować dusze niewinnych osób. Zawsze dodawał „do zobaczenia jutro”, bo za każdym razem, gdy to mówił, nie miał pewności, czy tak będzie naprawdę.
_______
Przepraszam za taką zwłokę, ale miałam masę zajęć, poza tym zaczęła się sesja i zostaje mi niewiele czasu na przyjemności. Jutro egzamin z psychologii, w piątek ostatni, z dydaktyki, więc będę miała już luz i obiecuję, że czwarty rozdział pojawi się znacznie szybciej.
Dziękuję za komentarze, są naprawdę budujące, aż chce się pisać dalej. Dziękuję.
środa, 3.lutego.2010, 13:28