Dwa dni przed świętami spadł śnieg. Zaskoczył kilku bezdomnych, którzy nie mieli już okazji obudzić się i podziwiać skrzącej się bieli zalegającej na chodnikach, dachach i parapetach. Mróz stworzył na szybach bajeczne wzory, wzbudzając zachwyt nawet najbardziej obojętnych. Zima zaczęła się na dobre.
W niewielkim pokoju na poddaszu, który zajmował obecnie Blythe nie było zbyt ciepło, więc chłopak siedział w salonie swojego nauczyciela, grzejąc ręce nad ogniem trzaskającym w kominku. Pomieszczenie sprawiało wrażenie zagraconego i zaniedbanego. W rzeczywistości jednak, nie znajdowało się w nim nic, co byłoby niepotrzebne. Przy ogromnym oknie wychodzącym na ulicę stało masywne biurko, zawalone pomiętymi kartkami i pustymi kałamarzami, obok niego znajdowały się trzy regały z mahoniu, wypełnione po brzegi najrozmaitszymi księgami. Obok regału znalazła swoje miejsce stara, aczkolwiek niezwykle wygodna kanapa z przetartymi podłokietnikami, przy niej leżały dwa podnóżki. Naprzeciwko kanapy, po drugiej stronie salonu znajdował się wspomniany już wcześniej kominek, obok niego zaś, w bezpiecznej odległości, stały dwa fotele i niski stolik, na którym postawiona była miska z ciastkami i dwa kubki z gorącym mlekiem. Na ciemnozielonych ścianach wisiały obrazy namalowane przez nieżyjącego już brata właściciela domu. Przedstawiały Londyn, ale nie wyidealizowany, lecz prawdziwy, taki, jakim był w rzeczywistości – brudny, cuchnący i zatłoczony. Blythe lubił te obrazy, mógł godzinami się w nie wpatrywać i cały czas nimi zachwycać, jakby widział je pierwszy raz w życiu.
- Więc mówisz, chłopcze, że widziałeś tego nieszczęśnika?
Chłopak skinął głową i zapatrzył się w ogień. Przygryzł dolną wargę, zastanawiając się, czy powiedzieć to, o czym myślał od kilku minut. W końcu wziął głęboki oddech i nie odwracając spojrzenia od kominka, rzucił w przestrzeń:
- Ona pewnie wciąż tam jest, prawda?
Stary Ellinbore spojrzał na swojego ucznia i uśmiechnął się pod nosem.
- Tak, pewnie tak. A ty, jak mniemam, masz zamiar jej pomóc? Mylę się?
- Chyba nie, Archibaldzie.
Przez chwilę w salonie zapanowała cisza, przerywana jedynie chrapliwym oddechem starego. Następnie mężczyzna obszedł swoje biurko i stanął obok Blythe'a wyciągając ręce przed siebie i grzejąc nad ogniem stare kości.
- A masz jakiś pomysł, jak to zrobić? Zdajesz sobie sprawę z tego, że ona nie może...
- Tak – przerwał mu szybko Bennett. - Doskonale o tym wiem. I nie, nie mam jeszcze żadnego pomysłu. Muszę dłużej się nad tym zastanowić. Ale najpierw muszę z nią porozmawiać.
- Jak zwykle chcesz ratować świat i udzielić pomocy każdemu, kto jej potrzebuje. Cholerny bohater.
Blythe powstrzymał się od komentarza. Położył rękę na ramieniu Ellinbore'a, po czym mruknął kilka słów na pożegnanie i opuścił salon, potykając się po drodze o wyleniały bordowy dywan.
***
Było zupełnie ciemno, gdy Blythe dotarł na ulicę, o której dzisiejszego ranka pisały wszystkie miejscowe gazety. Kilkuletnie doświadczenie i wrodzony talent, pozwoliły mu określić dokładne miejsce morderstwa rodzeństwa. Bennett czuł odór śmierci i przerażenia, który mimo napierającego na niego zapachu jabłek i cynamonu, nie chciał osłabnąć. Cała ulica była tak przesiąknięta złością i rozpaczą, że chłopakowi zakręciło się w głowie. Oparł się więc o mur i odetchnął głęboko kilka razy, co wcale mu nie pomogło. Chciał jak najszybciej ją odnaleźć i odejść stąd najdalej jak to tylko możliwe, nie wracając tu do czasu, aż wszystkie nagromadzone w tym miejscu emocje kompletnie się ulotnią. Gdy Bennett ochłonął, oderwał się od ściany i ruszył wzdłuż ulicy, zaglądając w każdy zaułek i w każdą bramę. Mróz zaczął mu poważnie doskwierać, więc szczelniej owinął się szalikiem i wcisnął zmarznięte ręce głęboko do kieszeni, przeklinając w duchu swoją sklerozę i marząc o czarnych wełnianych rękawiczkach, leżących na jego łóżku w pokoju na poddaszu. Po kilkunastominutowej wędrówce, Blythe stracił nadzieję na w miarę szybkie i w miarę bezgłośne poszukiwanie, więc zebrał się w sobie i zaczął szeptem nawoływać.
- Edith! Edith, jesteś tu? Edith, odezwij się, proszę!
- Kimkolwiek jest Edith, chyba jej tu nie znajdziesz. Ale może ja ci w czymś pomogę, chłopcze.
Z bramy po lewej stronie chłopaka wyłonił się dość wysoki mężczyzna, zataczając się lekko. Cuchnęło od niego alkoholem i brudem, więc Blythe cofnął się kilka kroków i stanął w miejscu, taksując wzrokiem chwiejącego się na nogach pijaczynę. Ten zbliżył się do Bennetta i złapał go za przód płaszcza, przybliżając swoją zarośniętą, czerwoną twarz do bladej i szczupłej twarzy Blythe'a. Oczy miał na wpół przymknięte, błyszczące w świetle ulicznej latarni.
- My się chyba znamy, synu – wybełkotał mężczyzna i uśmiechnął się obleśnie, ukazując zepsute zęby.
- W to nie wątpię – odpowiedział zimno Bennett i oderwał ręce napastnika od swojego płaszcza. Wygładził go delikatnie, poprawił szalik i zrobił krok do przodu, wchodząc w smugę światła i dbając o to, by jego twarz była dobrze widoczna.
Pijaczyna zachłysnął się i gwałtownie cofnął, potykając o własne nogi i upadając na bruk. Wpatrywał się w Blythe'a z mieszaniną strachu i zdziwienia. Próbował się podnieść, lecz mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa, więc po kilku próbach zrezygnował i tylko otwierał i zamykał usta jak ryba wyjęta z wody.
- Ty jesteś tym chłopakiem od Ellinbore'a, tego popaprańca – wymamrotał bojaźliwie i podczołgał pod mur, opierając się o niego plecami.
- Oj, nie ładnie tak mówić o bliźnim – Blythe zacmokał z niezadowoleniem i nachylił się nad mężczyzną. - Zwłaszcza do kogoś, kto uczy się wszystkiego właśnie od tego popaprańca.
Chłopak wyprostował się, ponownie wcisnął ręce do kieszeni i ruszył dalej, w dół ulicy. Był zły i smutny zarazem. Nie chciał być niemiły dla kogokolwiek, ale tego właśnie nauczył go Londyn. Gdyby pokazał, że się boi, gdyby próbował wytłumaczyć każdą sytuację z grzecznością i pokorą, nie miałby szans. Zwłaszcza o TEJ porze. Dlatego musiał udawać twardego i niezastraszonego. Staż u Ellinbore'a tylko mu w tym pomagał, gdyż staruszek uważany był w mieście za dziwaka i pomyleńca, który biega w nocy po mieście, ganiając za duchami. Blythe'a brano za kogoś podobnego. Trudno. Skoro to ma pomóc mu przetrwać, nie będzie się sprzeciwiał.
- Edith! Edith, na miłość boską, wiem, że tu jesteś! Nic ci nie zrobię, chcę tylko porozmawiać!
Minęło kilka długich minut, zanim Bennett zdał sobie sprawę z jej obecności. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł skrawek perłowego płaszcza, znikającego w jednym z zaułków. Gdy stanął u jego wylotu, dostrzegł skuloną przy kupce śmieci dziewczynkę, ukrywającą twarz w dłoniach i szlochającą cicho.
- Edith, spokojnie, wszystko będzie dobrze. Nazywam się Blythe i chcę ci pomóc.
Duch spojrzał na niego nieśmiało i wytarł łzy spływające po policzkach.
- Jak? - Blythe'a ścisnęło serce, gdy usłyszał drżący, cichutki głosik. Zdusił przekleństwo, które aż prosiło się o wydostanie na światło dzienne. Co za bydlak mógł pozbawić życia tak bezbronną istotkę?
- Coś się wymyśli. A teraz chodź, musimy znaleźć dla ciebie jakieś schronienie.
Dziewczynka przez jakiś czas patrzyła na niego nieufnie, lecz w końcu podniosła się i chwyciła wyciągniętą dłoń Bennetta. Chłopaka przeszedł dreszcz, gdy jego skóra zetknęła się z lodowatym zimnem bijącym od Edith. Westchnął ciężko, myśląc o swoich rękawiczkach.
***
- A więc ustalmy – powiedział cicho Blythe, stojąc przed piekarnią na Harrington Road i rozglądając się dookoła w obawie, że ktoś go podsłucha. - Nie możesz pójść dalej na wschód, niż do sklepu pani Hawkins na Wolsey Road, na zachód do Mayflower Street, od północy ogranicza cię Waterside Way, a od południa Charleville Road. Co daje nam promień długości mniej więcej... - Chłopak zamyślił się na chwilę, zmrużył oczy, po czym westchnął. - Mniej więcej trzystu metrów. Beznadziejnie mało. Cóż, Edith. Przez jakiś czas będziesz miała ograniczone pole do spacerów, ale nie martw się. Postaram się to załatwić najszybciej, jak się da.
- A co z moim bratem? – Dziewczynka zadrżała i wybuchła płaczem na wspomnienie Miltona.
- Znajdę go i przyprowadzę tutaj. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – powtarzał to zdanie już tak często, że nawet on sam przestawał wierzyć w jego realność. Zaczynał czuć, że wdepnął w coś, z czego tak szybko nie wyjdzie. Ale przecież nie może zrezygnować, musi jej pomóc. - No dobrze. W piekarni będziesz bezpieczna. W sumie wszędzie byś była bezpieczna, ale nie chcę, żebyś się włóczyła po ulicach, rozumiesz?
Edith kiwnęła głową na znak zrozumienia i wytarła spływające po policzkach łzy.
- I, na miłość boską, nie płacz już! - Bennett uśmiechnął się pokrzepiająco do dziewczynki i wskazał na drzwi piekarni. - A teraz wejdź tam i nie opuszczaj sklepu dopóki po ciebie nie przyjdę. Jasne? Gdybym mógł, zabrałbym cię ze sobą, ale mieszkam prawie kilometr stąd, więc... Twoja smycz jest po prostu za krótka.
- Smycz? – Na twarzy Edith pojawił się wyraz niezrozumienia. Zacisnęła małe piąstki na skraju płaszcza i patrzyła na Blythe'a z przestrachem w oczach.
- Kiedyś ci to wytłumaczę – odpowiedział chłopak z ledwo dostrzegalnym uśmiechem. - Teraz muszę wracać, zanim Archibald rozpocznie misję ratunkową. Nie bój się, Edith. Wrócę do ciebie jutro. Teraz wejdź do piekarni.
- Ale... Blythe? - dziewczynka wyglądała na zakłopotaną. Zerknęła na drzwi, pociągnęła nosem i spuściła głowę. - Drzwi są zamknięte – wyszeptała.
- Edith. To chyba nie jest dla ciebie problem, prawda?
Dziewczynka uśmiechnęła się pierwszy raz, odkąd Blythe ją poznał, odwróciła się do niego plecami i przeszła przez wystawę sklepową.
***
Salon pogrążony był w mroku. Archibald Ellinbore siedział w fotelu przed kominkiem, wpatrując się w żarzące się jeszcze zwęglone kawałki drewna. Fotel obok zajmował Blythe, uparcie milczący i konsumujący ostatnie ciastko z płatkami migdałowymi, jakie znalazł w półmisku na stoliku. Zarówno nauczyciel, jak i jego uczeń, zdawali sobie sprawę, że czeka ich ciężka praca. Nie niemożliwa do wykonania, ale ciężka. Po pierwsze, trzeba było pomóc Edith przystosować się do nowego „życia”. Po drugie, znaleźć jej brata i sprowadzić na dobrą drogę. Po trzecie, odesłać rodzeństwo tam, gdzie odsyła się wszystkie zbłąkane dusze. Jednego jednak Ellinbore nie rozumiał: dlaczego dzieci nie miały wyboru?
______________
Uhm, zastanawiam się, czy ktoś czekał z niecierpliwością na drugi rozdział... Wmówię sobie, że tak. Będzie mi raźniej.
W każdym razie przepraszam, że tak długo, ale mam teraz mnóstwo nauki i nie mam kiedy pisać. A wierzcie mi, bardzo bym chciała.
Dziękuję za wszystkie komentarze, jesteście kochani. Serio!
Przypominam, że zainteresowani powiadamianiem, proszeni są o wpis do
Księgi Gości.