Inna rzeczywistość


Grudzień tysiąc osiemset dwudziestego piątego roku był niezwykle mroźny, deszczowy i nienaturalnie brzydki. Lodowate strumienie wręcz lały się z nieba, głucho uderzając o dachy i parapety. Niebo stalowoszarego koloru sprawiało wrażenie, jakby lada chwila miało runąć na głowy niczego nieświadomych mieszkańców Londynu, którzy zajęci milionami spraw, nie mieli czasu martwić się takimi drobiazgami, jak pogoda. Jedynie doskwierające zimno sygnalizowało im, że wielkimi krokami zbliża się zima. Opatuleni grubymi płaszczami, z czapami wciśniętymi na uszy, z szalikami owiniętymi wokół szyi, wodzili wzrokami po brudnych budynkach, od dawna niemytych oknach i twarzach przypadkowych przechodniów, które zdawały się być kompletnie bez wyrazu. Beznamiętne spojrzenia, zaciśnięte usta, z których razem z parą, wydobywały się ciche przekleństwa. To wszystko było tak monotonne, tak do bólu nudne, że człowiek nie miał ochoty opuszczać domu. Cały zapał, który ogarniał go przed opuszczeniem ciepłego mieszkania, cała euforia pojawiająca się razem z myślą o chociażby krótkim spacerze po mieście, wdychaniu oczyszczonego przez deszcz powietrza, w którym mieszały się zapachy świeżego pieczywa, gorących zup i przygotowywanych przetworów, znikała wraz z postawieniem stopy na ulicy. Entuzjazm ulatniał się, zastąpiony tą samą obojętnością, która gościła we wszystkich. Nie wiadomo, czy to sprawa pogody, czy to zbytnie przejmowanie się nadchodzącymi świętami sprawiało, że ludzie snuli się po ulicach, jakby nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że się poruszają, że żyją.

Nad Londynem zapadł zmrok, wkradając się w każdą uliczkę, każdą bramę, otulając każde ogołocone z liści drzewo. Ludzie spieszyli do domów, gdyż niemądrze było poruszać się po mieście w ciemności, oczywiście droga wolna, jeśli życie niemiłym. Miasto pustoszało w tempie błyskawicznym i wkrótce na dworze zostały tylko bezpańskie psy, które węszyły w każdym zaułku w poszukiwaniu jedzenia i bezdomni, skuleni w ciemnych bramach lub grzejący zmarznięte dłonie przy prowizorycznym ognisku. Na powierzchnię wychodzili także wszelkiej maści złoczyńcy, którzy dopiero po zmroku rozpoczynali swoją pracę, przyzwyczajeni do raniącej oczy czerni nocy. Nastawieni na łatwy zarobek, czyhali na ostatnie jednostki, które nie zdążyły wrócić do domu. Ukryci w cieniu, przyczajeni w przejściach pomiędzy kamienicami, zaciskali ręce na nożach lub drewnianych pałkach, które miały za zadanie ogłuszyć ofiarę. Nożowników z prawdziwego zdarzenia było niewielu, jednak nie należało ignorować tych, którzy ową broń nosili przy sobie w celach czysto dekoracyjnych.

Dwóch mężczyzn stojących w bramie wyczekiwało na coś (lub kogoś), mrucząc pod nosem przekleństwa i i chuchając w stulone dłonie, by choć odrobinę się ogrzać. Mrok był nieprzenikniony, twarze ukryte w wysokich kołnierzach, tylko od czasu do czasu dał się zobaczyć odbłysk złotego zęba lub tarczy skradzionego zegarka.
Gdy nadeszła godzina dwudziesta druga, jeden z nich wychynął się z bramy, rozglądając bacznie dookoła, po czym przeszedł do końca ulicy, zbadał okolicę i wrócił do swego towarzysza.
- Nie widzę nikogo – warknął i splunął na bruk, po czym wyciągnął zza pazuchy krótki nóż i sprawdził koniuszkiem palca jego ostrość.
Drugi z mężczyzn nie odpowiedział nic, pociągnął tylko nosem i odchrząknął cicho, zakrywając brudną dłonią usta. Potarł szczecinę na brodzie i wygiął usta w fatalnej imitacji uśmiechu.
- Najwyższy czas – szepnął, wpatrzony w zbliżające się postaci.

- Mówiłam ci tysiąc razy, Milton, że nie powinniśmy wychodzić od dziadka tak późno – dziewczynka z długimi, prostymi blond włosami oglądała się nerwowo za siebie i co jakiś czas zrywała do biegu, by nadążyć za starszym bratem.
- A ja ci mówiłem, że jeśli idziesz ze mną, to nie musisz się bać, bo nie pozwolę zrobić ci krzywdy.
- Ale ja i tak się boję. A jak coś mi się stanie? Co wtedy zrobisz? - Edith spojrzała kątem oka na chłopca idącego obok, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Milton zmarszczył tylko brwi i odpowiedział spokojnie:
- Zabiję.
Pomiędzy rodzeństwem zapadła cisza, którą przerwał cichy pisk dziewczynki. Z ciemnego zaułka wychynęły się dwie postaci i zagrodziły dzieciom drogę. Milton zasłonił sobą siostrę próbując wyglądać na niewzruszonego, jednak serce boleśnie tłukło się w jego piersi. Bał się.
- Pewnie macie pieniążki, co? - warknął pierwszy, lustrując wzrokiem chłopca, jakby sprawdzał, czy zwada warta jest zachodu.
- Niekoniecznie – odparł twardo Milton, patrząc złodziejowi prosto w oczy. Tak bardzo chciał, żeby głos mu nie zadrżał.
- Na pewno? - odezwał się drugi mężczyzna, wyciągając zza połów płaszcza nóż.
Edith szarpała rękaw brata, szlochając i trzęsąc się ze strachu.
- Daj mu – wyjąkała.
- Nie. My potrzebujemy ich bardziej, niż te śmiecie – warknął chłopak i postąpił krok do przodu, dając do zrozumienia, że nie będzie łatwym przeciwnikiem.
- Źle czynisz, synu. Daliśmy ci szansę.
Wszystko potoczyło się w przeciągu ułamka sekundy. Jeden z mężczyzn rzucił się na Miltona i przygwoździł go do ściany, drugi dopadł do Edith i jednym ruchem wbił nóż w jej małe, wystraszone serduszko. Oczy dziecka rozszerzyły się w przerażeniu, usta wygięły, a twarz natychmiastowo zbladła. Na ostrzu błysnął szkarłat, a drobne ciałko opadło na brudną ziemię. Blond włosy rozsypały się w nieładzie dookoła głowy, a wzrok na chwilę zatrzymał się na zastygłym w bezruchu chłopcu. Powieki opadły.
Pierwszy szok minął dopiero po dłuższej chwili, teraz zastępowały go galopujące w zastraszającym pędzie wściekłość i furia. W małym ciele znalazła się nagle siła, o którą nikt by nie podejrzewał piętnastolatka. Milton oderwał się od ściany, odpychając od siebie napastnika z taką mocą, że ten zatoczył się i legł na bruk. Chłopiec natomiast doskoczył do drugiego mężczyzny i z rozpaczliwym wrzaskiem wpadł na niego całym ciałem, zwalając go z nóg i przyszpilając do ziemi. Ręka odnalazła nóż, który został upuszczony przy upadku i po chwili zatopiła jego ostrze w ciele złoczyńcy. Raz, potem drugi, trzeci, kolejny. Milton przestał dźgać dopiero wtedy, gdy na jego gardle zacisnęły się zimne dłonie. Po dwóch minutach chłopak był martwy.

Mała dziewczynka patrzyła zamglonym wzrokiem, jak duch jej brata wypada z ciała i z szaleństwem wypisanym na twarzy zrywa się do biegu i znika za rogiem. Edith pobiegła za nim, jednak w miejscu, gdzie zniknął jej brat, natrafiła na niewidzialną barierę. Natrafiła na coś, co nie pozwalało jej iść dalej. Płakała histerycznie, wrzeszczała, błagała, ale Milton nie wracał. Opadła na kolana i ukryła twarz w małych dłoniach, nie zdając sobie sprawy z tego, że kilka minut temu umarła.

***
Kochani rodzice,
pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia z okazji zbliżających się świąt. Nie mam pojęcia, jak szybko mój list dotrze do Was, dlatego też wysyłam go z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Wolę, żebyście przeczytali go wcześniej, niż zamartwiali się, że dawno nie dostaliście ode mnie żadnej wiadomości.
W moim życiu nic się nie zmieniło. Mimo tego, że już dawno przyzwyczaiłem się do mieszkania w Londynie, to i tak nie mogę przestać myśleć o Was i o Helston. Nie ma godziny, żebyście nie pojawili się przed moimi oczami i nie ma nocy, żebyście mi się nie śnili. Każdego dnia modlę się o Wasze siły i zdrowie. Liczę, że modlitwy te pomagają, szczerze w to wierzę. Na niczym innym nie zależy mi tak bardzo, jak na Waszej pomyślności i szczęściu.
Nauka, po którą tutaj przyjechałem jest już prawie przeze mnie opanowana, więc liczę na to, że do moich siedemnastych urodzin, które nastąpią za niecałe dwa miesiące, powrócę do rodzinnego domu i będę mógł cieszyć moje oczy Waszym widokiem, nieograniczany przez czas.

Szczerze oddany,
Blythe.


Blythe odłożył pióro i kilka razy przeczytał treść listu, zanim złożył kartkę na pół i odłożył ją na stos książek obok. Chłopak przeciągnął się, ziewnął szeroko i podszedł do okna.
Czerń nocy była przytłaczająca, gdzieniegdzie rozpraszana przez nikłe światło ulicznych latarni. Wąska i krótka uliczka, przy której mieszkał Blythe, posiadała zaledwie dwa źródła światła – u swego początku i na końcu. Wzrok Bennetta zatrzymał się na jasnej sylwetce, która w szybkim tempie zbliżała się w stronę chłopaka, przemknęła pod jego oknami i zniknęła w mroku. Oczy Blythe'a zwęziły się, a usta zacisnęły w prostą linię.
- Będzie robota.


________
Witam Was ponownie, z nową, drugą już częścią przygód mojego kochanego Blythe'a. Mam nadzieję, że cieszycie się razem ze mną.
Pisałam ten rozdział przez kilka dni, co chwilę coś zmieniając lub poprawiając. Długość nie jest powalająca, ale to jakby prolog, chciałam Was mniej więcej wprowadzić w nowy świat panicza Bennetta. Cóż mogę powiedzieć. W drugiej części będzie się działo.
I ja już wiem, że Blythe'a skończę. Nie, nie teraz. Chodzi mi o to, że wiem, że doprowadzę to opowiadanie do końca. Pokochałam je;)

Przypominam, że zainteresowani powiadamianiem o nowościach, proszeni są o wpis do Księgi Gości.


piątek, 23.października.2009, 00:20

Konto usunięte :: sobota, 24 października 2009 11:53:17
89.228.236.55

Szalenie mi się podoba ten rozdział :) Poczułam klimat Londynu (swoją drogą, mojego ukochanego miasta XD), a fragment o Edith i jej bracie, o ich śmierci, był wzuszający i bardzo smutny :( Czekam tylko na to, co ma zamiar zrobić Blythe...
Jedno zdanie mi nie pasuje: "Mała dziewczynka patrzyła przez zaszklone oczy, jak duch jej brata wypada z ciała i z szaleństwem wypisanym na twarzy zrywa się do biegu i znika za rogiem." - Jak można patrzeć przez zaszklone oczy? ;) Może zaszklonym spojrzeniem, zamglonym spojrzeniem? ;) 
I szablon cudny, naprawdę!

spacerem-przez-zycie spacerem-przez-zycie :: niedziela, 25 października 2009 00:55:48
91.195.57.2

strasznie spodobało mi się Twoje opowiadanie. Jak będę miała trochę więcej czasu to przeczytam wszystkie rozdziały,a na razie dodaję do ulubionych :)

be-sophisticated be-sophisticated :: środa, 28 października 2009 15:25:36
79.163.6.51

Mów za siebie, jeśli mówisz o powalaniu, mnie się tam bardzo podobało. Klimatycznie, nieco mrocznie i tajemniczo, w sam raz na początek :). Ciekawe, czy Blythe bardzo się zmienił :)
Pozdrawiam, Ama ;).

lovett DespicableMemylog.pl :: poniedziałek, 2 listopada 2009 14:54:21
80.52.190.234

jesteś świetna
zamiast pisać opowieść na blogu, powinnaś ją rozesłać po wydawnictwach (spróbuj, może opublikują)
pierwszy raz czytam, więc określam powieść tylko po tym rozdziale, ale za chwilkę postaram się przeczytać całość =)
naprawdę super piszesz; aż łzy mi się do oczu cisły , gdy razem zginęli;
trochę dziwne zdanie:  "Opadła na kolana i ukryła twarz w małych dłoniach, nie zdając sobie sprawy z tego, że kilka minut temu umarła. "  Jakieś dziwnie banalne, ale reszta ok.
Jeszcze był jeden maleńki błąd: "Ludzie spieszyli do domów, gdyż niemądrze było poruszać się po mieście w ciemności, oczywiście droga wolna, jeśli życie niemiłym."
chyba miało być "niemiłe", ale jak już napisałam- maleńki błąd =)
Pozdrawiam

swiat-ktory-znam swiat-ktory-znam :: piątek, 6 listopada 2009 00:31:31
95.41.115.36

Światne opowiadanie. Masz talent dziewczyno. Dialogi i opisy są naprawdę dobre. Opisy plastyczne, dialogi błyskotliwe :) A sam główny bohater interesujący. Opowiadanie mnie wciągnęło. Dodaje do ulubionych :)
Lierówek raczej nie widzę, na przecinki nie zwracam uwagi :P
Czekam na następną część :)
Pozdrawiam Elleri

himynameisadrian himynameisadrianmylog.pl :: środa, 11 listopada 2009 14:59:20
83.28.5.120

Geniealne opowiadanie, już nie mogę się doczekać następnych rozdziałów : ) Pozdrawiam i życze dobrej weny ; )

sila-tradycji sila-tradycji :: niedziela, 22 listopada 2009 18:51:59
83.22.42.183

Czy to opowiadanie o wampirach i takich podobnych? Daj znać. Jeśli nie, to będę czytać Cię, po prostu nienawidzę fantastyki.q
Pozdrawiam :)



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho