Cisza zalegająca w bibliotece była niemal nie do wytrzymania. Dogasający w kominku ogień dawał nikłe światło, pozwalając ujrzeć drzemiącą w fotelu postać, zaciskającą długie i smukłe palce na dębowych oparciach. Pan Bennett nie spał spokojnie. Co jakiś czas przekręcał głowę to w jedną, to w drugą stronę, jak to bywa przy nękających nas koszmarach. Stróżka potu spłynęła po bladej skroni i policzku, niknąc pod granatowym kocem, którym owinięty był mężczyzna. W chwili, gdy Rufus otworzył oczy, o parapet zabębniły pierwsze krople deszczu, a niebo przecięła błyskawica, po której rozległ się grzmot.
Burza.
- Blythe, kochanie. Co się stało? - zapytała Ursula, podnosząc się z łoża i podchodząc do zapłakanego chłopca, który przed chwilą wbiegł do pokoju. - Boisz się?
Mały skinął tylko głową i objął matkę w pasie, zaciskając ręce na jej nocnej koszuli. Błyskawica rozświetliła czarne jak smoła niebo. Blythe zadrżał i wtulił mocniej twarz w brzuch kobiety.
- Już w porządku, skarbie. Nie ma się czego bać. Ty tylko burza.
Zdawało się, że chłopiec nie słyszy kojących słów Ursuli. Trząsł się na całym ciele i pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby wrócić do swojej sypialni.
- Rano znów będzie piękna pogoda, deszcz jest potrzebny wszystkim i wszystkiemu. Nie trzeba się bać burzy. Jesteś mądrym chłopcem i wiesz, że nic złego ci się nie stanie – Widząc, że słowa nie przynoszą żadnego rezultatu, Ursula pogłaskała syna po głowie i zaprowadziła do swojego łóżka. Mały od razu wskoczył pod pierzynę i podkurczył nogi. Rufus zaśmiał się cicho, obejmując żonę. Przez kilka chwil patrzył na Blythe'a którego oczy utkwione były w bliżej nieokreślonym punkcie ponad głową mężczyzny. Pan Bennett wiedział, że chłopiec nie zaśnie, dopóki widzi błyskawice. Otulił więc malca ramieniem, zasłaniając go przed światem i przed szalejącą za oknami burzą.
Rufus zaśmiał się cicho na to wspomnienie. Śmiech jednak przerodził się w szloch, a rozbawienie w żal i smutek, które wypełniały każdą komórkę jego ciała. Ukrył twarz w dłoniach i zaskomlał jak zranione zwierzę. Tak właśnie się czuł. Jakby ktoś wyrwał mu serce.
***
Deszcz zacinał w okna. Ursula siedziała przy toaletce, bezmyślnie czesząc włosy. Nie dostrzegała w lustrze swojego odbicia. Przed oczami miała twarz syna, jego zamknięte powieki i usta wykrzywione w grymasie bólu. Słyszała jego chrapliwy oddech i ciche pojękiwania, gdy mamrotał w malignie. Pochylała się nad jego drobnym ciałem, kładąc zimne okłady na rozpalone czoło i wycierając suchym ręcznikiem zbłąkane lodowate krople, które próbowały spłynąć wzdłuż szyi Blythe'a, raniąc skórę jak ostrza.
To wszystko było jak zły sen. Ursula miała nadzieję lada moment się obudzić, otworzyć oczy i stwierdzić, że to tylko koszmar, nocna mara. Jednak to była prawda. Rzeczywistość waliła drzwiami i oknami, przypominając o tym, że następnego dnia pożegna swojego syna. Pożegna go, by zapewnić mu bezpieczeństwo, by uchronić go przed czyhającym w lesie złem. Pożegna go, by żył.
***
Po nocnej burzy nie było prawie śladu. Dzień wstał piękny, od rana świeciło słońce, powietrze było rześkie, a niebo bezchmurne. Jedynie niewielkie kałuże tu i ówdzie, świadczyły o wcześniejszej ulewie. Pogoda była naprawdę idealna.
W sam raz na długą podróż.
Blythe przymknął oczy i oparł dłonie o parapet. Westchnął ciężko, usilnie starając się powstrzymać łzy. Nie chciał płakać. Nie mógł płakać. Musiał pokazać rodzicom, że jest silny, że sobie poradzi, że opuszczenie rodzinnego domu na całe pięć lat nie jest niczym strasznym...
Kłamca.
Blythe doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wyjazd do Londynu jest konieczny. Jeśli chce być bezpieczny, szczęśliwy, jeśli nie chce martwić się o kolejny dzień, o życie swoje i rodziców.
Tchórz.
Chłopiec odwrócił się od okna i spojrzał na spakowane kufry leżące w nogach łóżka. Zacisnął pięści, próbując dodać sobie nieco odwagi, odetchnął kilka razy i zawołał Malcolma. Ostatnie spojrzenie.
***
Powóz był gotowy. Czarny, lśniący, przerażający. Konie nerwowo kiwały łbami, zarzucając grzywami i bijąc kopytami w podjazd, na którym stali wszyscy mieszkańcy rezydencji Bennettów. Najbliżej pojazdu znajdowali się rodzice Blythe'a, wystraszeni, zaniepokojeni, upiornie bladzi i niewyspani. Rufus tulił swojego syna, głaszcząc po głowie i szepcąc słowa otuchy. Z kieszeni kamizelki wyjął srebrny zegarek i wsunął go w dłoń małego Bennetta, który zacisnął chude palce na przedmiocie i patrząc ojcu prosto w oczy, wyszeptał ciche: „zawsze będę miał go przy sobie”. Gdy słone krople spłynęły po policzkach Rufusa, Blythe stanął na palcach i objął go tak mocno, jakby chciał, by wystarczyło mu to na kilka lat. Gdy nadszedł czas pożegnania z matką, broda chłopca zadrżała, a wargi wygięły się w grymasie.
Miałeś nie płakać.
To na nic. Patrząc w twarz Ursuli, na jej cienie pod oczami, zapadłe policzki i mokre od łez rzęsy, wybuchnął płaczem i wtulił się w matkę z takim entuzjazmem, że mało by brakowało, a oboje przewróciliby się na ziemię.
- Pisz do mnie, synku. Przynajmniej raz na tydzień. Przyjeżdżaj najczęściej, jak tylko będziesz mógł. I kiedy stwierdzisz, że nadeszła pora, wróć do nas. Cały i zdrowy.
Blythe kiwnął głową, nie mogąc wydusić nawet słowa. Rozpacz utknęła mu w gardle i rosła z każdą sekundą, nieustępliwa, szalona, złośliwa.
Ursula jeszcze długo trzymała syna w objęciach. Gdy w końcu go uwolniła, uklęknęła przed nim i pocałowała kolejno w oba policzki, nos i czoło, po czym ostatni raz poprawiła kołnierzyk jego śnieżnobiałej koszuli i odgarnęła z oczu przydługą grzywkę. Później zakryła usta dłonią i wtuliła się w męża.
Za plecami Blythe'a rozległo się ciche chrząknięcie. Chłopiec odwrócił się powoli, przełykając ślinę i ocierając oczy wierzchem dłoni. Jego spojrzenie zatrzymało się na Aldenie.
- Będę czekał – wyszeptał duch. - A jeśli nie wrócisz, spróbuję cię znaleźć. Będę próbował się stąd uwolnić choćby nie wiem co mnie zatrzymywało, obojętnie czym jestem przywiązany, do czego i kogo, znajdę cię, paniczu.
- Ja wrócę – wymamrotał Bennett i wyciągnął w kierunku Colebridge'a rękę. Alden uścisnął ją mocno, a Blythe poczuł przeraźliwy chłód, zarówno na dłoni, jak i w sercu. Zamarzało, umierało.
Ostatni raz spojrzał na przytulonych do siebie rodziców, na smutnego Malcolma, na całą służbę, rezydencję, duchową rodzinę widoczną w jednym z okien i przygnębionego Aldena, po czym wsiadł do powozu i zajął miejsce obok dziadka. Chwilę później poczuł szarpnięcie i pojazd ruszył, podskakując co jakiś czas na pojedynczych kamieniach. Chłopiec wtulił się w dziadka, który jak tylko mógł, starał się go pocieszyć. Powóz minął bramę wjazdową, a Blythe nie odwrócił się ani razu.
Wróci.
_________
Dobrnęłam do końca pierwszej części. Rozdział ten pisałam trochę na siłę, gdyż czas mnie nagli. Jutro się przeprowadzam i pewnie przez pierwszy miesiąc nie będę mieć internetu. W związku z tym nie będę mogła skomentować ocen, do których się zgłosiłam na
marks i
opinions, ale obiecuję, że jak tylko będę miała możliwość, od razu zajrzę i stosownie podziękuję.
Dziękuję też wszystkim czytelnikom, którzy byli ze mną w sumie od stycznia, kiedy zaczynałam pisać Blythe'a. Pierwsza część za nami, przed rozpoczęciem drugiej zrobię sobie dłuższą przerwę, może dwa miesiące. Ale już w tej chwili czuję zapał do pisania. To dobrze. Trzymajcie kciuki za drugą część.
Przypominam, że zainteresowani powiadamianiem, proszeni są o wpis do Księgi.
Dziękuję i do następnego rozdziału!