Życzenie


Posiadłość rodziny Bennettów każdego ranka wyglądała tak samo, przez sto czterdzieści dwa lata nie zmieniła się ani odrobinę, może dlatego, że każdą skazę na ciemnoszarym tynku od razu likwidowano, potłuczoną dachówkę zastępowano nową, zbitą szybę wymieniano, a wszystkie srebrne i złote elementy codziennie polerowano. Ogród cały czas zachowywał swoją świetność, nie było w nim nawet jednego zwiędniętego kwiatu, żadnej zmarnowanej rośliny, wszystkie drzewa i krzewy były równo przycięte a trawnik puszył się swoim soczysto zielonym kolorem. Wszystko było idealne. Jak i sami Bennettowie, którzy mieli szczęście urodzić się jako arystokraci.

Rufus Bennett i Ursula Walsh nie wzięli ślubu z miłości. Byli zaręczeni od dziecka, jednak nigdy nie łączyło ich nic więcej, oprócz zwyczajnego przywiązania. O żadnym innym uczuciu nie było mowy. W prezencie ślubnym otrzymali przepiękną posiadłość w najdalej wysuniętym na południe hrabstwie Anglii – Kornwalii. To właśnie w mieście Helston przyszedł na świat ich syn, któremu nadali imię Blythe*. Okazało się to bardzo ironiczne, gdyż Blythe wyrósł na strasznego ponuraka, który cały czas starał się unikać towarzystwa, prawie nigdy się nie uśmiechał i jak na swoje sześć lat był okrutnie poważny. Panicz Blythe był raczej niskiego wzrostu, szczupły, trochę kanciasty. Jego blada cera zdradzała, że rzadko wychodził na światło dzienne, nie, żeby nie mógł, on zwyczajnie nie miał na to ochoty. Nie był specjalnie rozpieszczony ani zarozumiały, jednak samo jego milczenie i brak jakiegokolwiek entuzjazmu, doprowadzały całą służbę w domu do białej gorączki.

Rodzice byli z niego dumni, każde z innego powodu. Ojciec cieszył się, że syn nie zachowuje się jak inne dzieci, że nie biega po ogrodzie ganiając za psem i nie robi lokajowi głupich kawałów, tylko od małego czyta książki i pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o świecie. Matka była zadowolona, że Blythe odziedziczył po niej urodę, gęste czarne włosy, przenikliwe szare oczy i mały, lekko zadarty nos, który tylko dodawał mu uroku. Uwielbiała się w niego wpatrywać, gdy ten był pochłonięty jakimś zajęciem, lub gdy zasypiał w fotelu w bibliotece. Kochała ten jego grymas na twarzy, gdy odgarniała mu grzywkę, albo poprawiała kołnierzyk. Wszystko w nim było cudowne, jednak martwiła się, że chłopiec jest za bardzo skryty, że nie ma jeszcze żadnych przyjaciół, że nie chce wychodzić z domu i unika rozmów. Dlatego razem z mężem postanowiła wysłać małego panicza do szkoły z internatem, gdzie, miała taką nadzieję, będzie miał wielu kolegów.

Katolicka szkoła Cuthbert Maine była jedną z najlepszych szkół w Kornwalii i to właśnie ona najbardziej spodobała się państwu Bennett. Ich syn będzie pod dobrą opieką, zdobędzie porządne fundamenty i wyrośnie na uczciwego i dobrego człowieka. Tak więc w wieku siedmiu lat Blythe’a odwieziono czarną dorożką pod bramę szkoły, gdzie czekała już na niego posępna zakonnica w okularach z grubymi oprawkami i siwym kosmykiem włosów wystającym spod czepka. Uśmiechnęła się do pani Bennett, kiwnęła głową panu Bennettowi i poprowadziła chłopca przez dziedziniec do głównego wejścia. Podczas tego kilkuminutowego spaceru dziecko odwróciło się tylko raz. Matka wycierała łzy spływające jej po policzkach, trzęsła się i zawodziła, ale jednak uśmiechnęła się do niego, na co chłopiec tylko spuścił głowę i wszedł do budynku, w którym miał pozostać do osiemnastego roku życia, oczywiście powracając do domu na święta, czyli dwa razy w roku.

Blythe nie wytrzymał długo w szkole z internatem, więc w wieku lat jedenastu rodzice zabrali go z powrotem do domu. Panicz zaczął uczęszczać (na własne życzenie) do państwowej szkoły, która jednak poziomem dorównywała niektórym prywatnym. Warto wspomnieć, że Blythe nie znalazł sobie żadnego kolegi w Cuthbert Maine i nie zanosiło się, aby znalazł go w nowej szkole…

- Blythe, podejdź tu na chwilę, chłopcze. Musimy sobie uciąć małą pogawędkę.
Pan Rufus Bennett siedział na jednym z brązowych skórzanych foteli w pomieszczeniu, gdzie mieściła się biblioteka. Ogień w kominku, dopiero co rozpalony przez Malcolma, jednego ze służących, dawał przyjemne ciepło, które było tak upragnione w połowie stycznia. Jasno było tylko w obrębie kilku metrów od kominka, więc dalsze wnętrze biblioteki było skąpane w mroku, widać było tylko zarys potężnych regałów z książkami. Blythe posłusznie podszedł do ojca i stanął na wprost niego, zasłaniając jednocześnie światło.
- Synu, jesteś już na tyle duży, masz już przecież jedenaście lat… Dlaczego do tej pory nie znalazłeś sobie żadnego przyjaciela? – pan Bennett zerknął na reakcję chłopca i podrapał się po nosie.
- Nie potrzebuję nikogo do towarzystwa – odpowiedział krótko panicz.
- Nie czujesz się samotny? Może po prostu wstydzisz się nawiązać rozmowę lub…
-Nie potrzebuję towarzystwa – powtórzył Blythe, zaszurał stopą, spojrzał na mężczyznę i dodał: - Wystarczysz mi ty i mama. Czy mogę już odejść, ojcze?
- Tak, idź.
I tak się rozgadał - pomyślał pan Bennett i powrócił do lektury. Wyrośnie z tego.

Jednak minął kolejny rok, a Blythe był coraz bardziej małomówny i coraz rzadziej opuszczał swój pokój po skończonych zajęciach w szkole. Uczniem był bardzo dobrym, jednak nauczycieli niepokoiło jego zachowanie, kilka razy nawet wzywali jego rodziców na rozmowę, która zazwyczaj kończyła się stwierdzeniem, że Blythe z tego wyrośnie. Jednak Blythe z tego nie wyrósł i nie miał najmniejszego zamiaru. Przynajmniej na razie.

Dwudziesty trzeci stycznia nie różnił się niczym innym od pozostałych dni tego zimnego miesiąca, było tak samo biało, zimno i monotonnie. Panicz Blythe obudził się niecałą godzinę temu i obecnie stał przed lustrem patrząc, jak Malcolm zawiązuje pod jego szyją czarną wstążkę. Lubił swojego lokaja, jednak nie na tyle, by się do niego odezwać, porozmawiać o pogodzie, o wczorajszej kolacji, czy o Bóg raczy wiedzieć jakim głupstwie. Malcolm służył w rodzinie Bennettów od piętnastu lat, a od dwunastu, czyli urodzin panicza, był jego osobistym lokajem. Blythe nie lubił, gdy ktoś mu pomagał, więc nie miał zbyt wesołej miny, gdy każdego ranka Malcolm go ubierał, czesał i zawiązywał pod szyją tę przeklętą wstążkę, którą trzy lata temu podarowała mu matka. Lokaj opuścił pokój, a młody Bennett cały czas wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze. Szczupła sylwetka, czarne spodnie, śnieżnobiała koszula, czarna kamizelka i ta wstążka… Panicz nie miał kompleksów, lubił swój wygląd, jednak z całego siebie najbardziej lubił swoje oczy, do których wiecznie wchodziła mu grzywka, może z tego właśnie powodu nieustannie nimi mrugał.

Po śniadaniu Blythe udał się do biblioteki, gdzie (poza swoim pokojem) spędzał najwięcej czasu. Tutaj nic nie rozpraszało jego uwagi, nie zakłócało ciszy. Nikt mu nie przeszkadzał w pochłanianiu dziesiątek książek, delektowaniu się zadrukowanymi stronami i wdychaniu ich zapachu. Każda książka w tym pomieszczeniu była dla niego wyjątkowa i przysiągł, że każdą przeczyta. Najbardziej podobały mu się te, w których opisywano dalekie krańce świata, wielkie wyprawy i obyczaje ludzi różnych kultur i narodowości. Chciał kiedyś udać się w taką podróż, z której powróciłby dopiero po kilku latach, z mnóstwem pamiątek i unikatowych przedmiotów. Marzył o dorosłości.

O piątej po południu panicza wygoniono z biblioteki i nakazano zmianę ubrania. Za godzinę miał się odbyć bal z okazji jego dwunastych urodzin. Blythe nie spieszył się. Nie lubił zgromadzeń, obecność tylu ludzi go denerwowała, czuł się nieswojo. Poza tym, nienawidził bycia w centrum uwagi, a skoro to jego urodziny, to tak na pewno będzie. Chłopak westchnął cicho i zerknął na Malcolma, który w tej chwili zakładał mu ciemnozieloną kamizelkę. Po chwili zawiązał pod szyją panicza wstążkę w tym samym kolorze, po czym przygładził mu włosy i powiedział, że wszystko gotowe.

Bal, jak każdy wydawany przez Bennettów był wyśmienity. Pełno smakowitych potraw, srebrne sztućce, porcelanowa zastawa, jedwabne obrusy i pełno gburowatych gości, którzy przyszli się najeść za darmo.
- No, Blythe. Pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki – powiedział pan Bennett, patrząc z radością na swojego syna.
Chłopak podszedł do stołu, na którym stał wspaniały tort orzechowy, zamknął oczy i zdmuchnął świeczki.

Chcę, by w moim życiu wydarzyło się coś niesamowitego.

_______
*Blythe - w staroangielskim słowo to oznacza po prostu „pogodny”.


czwartek, 9.lipica.2009, 12:46

deliberate deliberatemylog.pl :: środa, 22 lipica 2009 17:17:46
79.66.96.87

Zaskoczyłam się czytając to, a teraz rozdział 2. :)

urania Uraniamylog.pl :: poniedziałek, 14 września 2009 13:59:53
89.78.75.171

Na razie akcja się dopiero rozkręca, ale muszę przyznać, że piszesz świetnie ;)

Esmenu Esmenu.mylog.pl :: niedziela, 22 listopada 2009 20:28:31
77.254.56.90

Matko, jak chciałabym tak bosko pisać... Świetne...

niewtamanke niewtąmańkę. :: piątek, 5 lutego 2010 21:12:37
95.178.22.33

Zapowiada się ciekawie. Naprawdę. Masz ładny styl i bardzo przyjemnie czyta się to, co napisałaś o Małym Blythe'cie. Jednak znalazłam (jak dla mnie, więc się nie przejmuj) mały zgrzyt. Mianowicie - 'dziesiątek książek'. Coś w tym stylu. Trochę się to gryzie, ale co z tym zrobisz, to już Twoja sprawa. Zabieram się za ciąg dalszy.



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho