Prawda


Z nadejściem kwietnia nastała prawdziwa wiosna. Wszystko zaczęło kwitnąć, nabierać kolorów, rośliny pięły się w stronę światła, łaknąc go niczym spragniony wody wędrowiec, łapczywie chłonąc słabe jeszcze promienie słoneczne. Całe Helston zazieleniło się i nawet Blythe nie mógł przejść Monumental Road obojętnie. Idąc do szkoły odrywał wzrok od chodnika, na którym znał każde pęknięcie, każdą rysę, czy wypustkę, każdą drobinkę kurzu, grudkę błota i podziwiał budzącą się do życia florę i faunę. Wpatrywał się w wielobarwne skrzydła motyli, śledził te piękne, beztroskie, pełne błogiej nieświadomości owady. Za każdym razem, gdy napotykał rozbawione spojrzenie Aldena, prychał cicho i mruczał pod nosem niezrozumiałe słowa, z których można było jedynie usłyszeć o chwili zapomnienia.

Blythe coraz więcej czasu poświęcał na rozważania o życiu i śmierci. Zadawał sobie pytania dotyczące umierania i tej dziwnej egzystencji, która czeka na wszystkich niepotrafiących pożegnać się z dotychczasowym, ludzkim żywotem. Alden, mając świetną zabawę przy obserwacji wszystkich metamorfoz myśli panicza, udzielał łaskawie odpowiedzi, delektując się wściekłością i zirytowaniem malującym się na twarzy Bennetta, który raz na jakiś czas zapominał o umiejętności kolegi. Często bywało tak, że panicz głośno i dosadnie mówił Aldenowi, co myśli o nim i tym przeklętym czytaniu w umysłach innych, zrywał się z miejsca i demonstracyjnie wychodził z pomieszczenia, w którym się znajdował, nie omieszkając przy tym trzasnąć porządnie drzwiami. Za każdym razem zaszywał się w bibliotece, nie wpuszczając nawet ojca i matki. Państwo Bennett byli coraz bardziej zmartwieni i zaniepokojeni zachowaniem swojego syna. Nie mogąc już dłużej znieść nieświadomości i niepewności, zawołali Blythe'a do salonu na poważną rozmowę, w której to poruszyli drażliwy dla panicza temat.
- Synu, musisz nam powiedzieć o wszystkim. Mam świadomość, że jest to trudne, ale boimy się o ciebie, chcemy twojego bezpieczeństwa, a nie możemy ci go zapewnić nie wiedząc, na czym stoimy – powiedział pan Bennett patrząc uważnie na syna.
- Nie uwierzycie mi – odparł krótko Blythe ze spojrzeniem wbitym w niewielki ceramiczny wazon stojący na kominku.
- Spróbuj... - powiedziała cicho Ursula drżącym głosem. Ona chyba najbardziej przeżyła atak na panicza, bardziej niż sam poszkodowany. Wyraźnie schudła, miała sińce pod oczami, na czole pojawiło się kilka zmarszczek, a jej zwykle lśniące, czarne włosy były teraz matowe i jakby wyblakłe. Chłopiec dopiero teraz uważnie przyjrzał się rodzicielce i z żalu ścisnęło go serce.
Ty mały egoisto! Myślałeś, że wszystko będzie w porządku, jeśli ukryjesz przed nią prawdę? Że zapomni o tym, że jej syn przez kilka tygodni leżał z połamanymi żebrami, ledwo żywy, niezdolny do normalnego poruszania się? Sądziłeś, że nie mówiąc jej o swoich problemach ograniczysz jej powody do zmartwień? A uważasz się za inteligentnego!
Blythe z trudem przełknął ślinę, po czym skinął głową i usiadł w fotelu naprzeciwko rodziców. Kompletnie nie miał pojęcia, co powiedzieć. Był pewny, że rodzice uznają go za chorego psychicznie. Na Boga, na pewno go za takiego uznają! Przecież on sam nie mógł uwierzyć w ten absurd, był przekonany, że oszalał!
W salonie pojawił się Alden, który stanął za przyjacielem i położył rękę na jego ramieniu. Blythe poczuł nieprzyjemny chłód i zerknął w górę akurat wtedy, gdy duch wyszeptał dwa słowa.
- Powiedz im.
Ta chwila musiała kiedyś nadejść. Po prostu nie miałeś pojęcia, że tak szybko.
Chłopiec wziął głęboki oddech.
- Widzę duchy.
Rufus Bennett zamrugał oczami, po czym spojrzał na zaskoczoną małżonkę.
- Mówiłem, że mi nie uwierzycie – wymamrotał Blythe.
- Od kiedy? - zapytała kobieta patrząc na syna wilgotnymi oczami.
- Słucham? - tym razem to panicz zamrugał, jakby nie rozumiejąc pytania.
- Od kiedy widzisz duchy?
Chłopiec zawahał się. Czy to znaczy, że mi wierzą?
- Od początku lutego. Roku bieżącego.
Przez twarz pana Bennetta przemknął cień zrozumienia. Zamknął powieki, jakby próbował sobie coś przypomnieć i długo milczał. Gdy w końcu się odezwał, głos miał spokojny.
- Czy to, co cię zaatakowało... To był duch?
- Raczej upiór – bąknął zdezorientowany Blythe, nie wiedząc, czy ma się cieszyć z tego, że rodzice mu uwierzyli.
- W jaki sposób się tu znalazł? Dlaczego napadł akurat na ciebie? - Rufus domagał się natychmiastowych wyjaśnień i panicz zdał sobie sprawę, że nie wyjdzie z salonu, dopóki nie udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania.
- J-ja... Poszedłem z kolegą do lasu w pobliżu naszej posiadłości. Chciałem zobaczyć, jaki jest zły duch.
Ursula jęknęła cicho, natomiast pan Bennett zmierzył karcącym spojrzeniem swojego syna, zastanawiając się, do jakiego stopnia można być bezmyślnym.
- Kim jest ten kolega? Gdzie mieszka?
- Tutaj... - wyszeptał panicz nie wiedząc, gdzie ma posiać wzrok.
- Nie rozumiem – przyznał szczerze mężczyzna.
- Ma na imię Alden. Jest duchem.
Blythe obserwował reakcję rodziców i gdyby nie powaga sytuacji, roześmiałby się na cały głos, czego nie zwykł robić wcześniej. Pani Bennett wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, pan Bennett otwierał i zamykał usta jak ryba wyjęta z wody.
- Przyjaźnisz się z duchem? - wydusił Rufus oszołomiony.
- Ja nie nazwałbym tego przyjaźnią... - zaczął Blythe, ale przerwał, słysząc znaczące chrząknięcie kolegi. - Tak, przyjaźnię się z duchem.
- Alden Colebridge? - zapytała cicho Ursula. Panicz spojrzał na nią i dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że nigdy nie spytał ducha o nazwisko. Nigdy nie było mu ono potrzebne.
Alden poruszył się niespokojnie i utkwił spojrzenie w matce panicza.
- Rodzina Colebridge'ów mieszkała tutaj przed nami. Wszyscy zostali zamordowani we własnych łóżkach... Przez swojego lokaja, który później popełnił samobójstwo. Czytałam o tym w miejscowym archiwum. Jak wiesz, dostaliśmy ten dom od dziadków, chciałam się o nim trochę dowiedzieć...
- Wystarczy! - krzyknął chłopiec. Ręce drżały mu z gniewu, oddychał ciężko, wpatrzony w swojego niematerialnego kolegę, który stał przed nim ze spuszczoną głową.
- Synu? - pan Bennett wstał z kanapy i ruszył w kierunku Blythe'a, lecz ten momentalnie zerwał się z miejsca i wybiegł z salonu.


Labirynt wąskich uliczek biedniejszej dzielnicy Helston był miejscem, do którego arystokracja zaglądała raczej rzadko, prawdę mówiąc – wcale. Żebracy, gruźlicy, prostytutki i cała reszta szemranego towarzystwa była pierwszym i zarazem najważniejszym powodem, dla którego okolice Esmonde Road omijano szerokim łukiem. Jakież więc było zdziwienie, gdy na tej brudnej, wiecznie wilgotnej i śmierdzącej zgnilizną ulicy pojawił się mały chłopiec ubrany w eleganckie spodnie, śnieżnobiałą koszulę i kamizelkę, z daleka pachnący czystością i świeżością, z nieskazitelną cerą i lśniącymi czarnymi włosami, który samym swoim wyglądem budził szacunek i podziw.
- Blythe, wracaj natychmiast! - warknął Alden maszerując tuż za paniczem.
Chłopiec nawet się nie odwrócił, przeciwnie – przyspieszył kroku i zacisnął dłonie w pięści.
- Blythe, na miłość boską, gdzie idziesz? Tu nie jest bezpiecznie!
- Daj mi spokój! Wcale cię nie znam!
Alden zatrzymał się nagle, wpatrzony w plecy Bennetta. Słowa panicza zabolały.
- Blythe... Ja przepraszam.
- Zamierzałeś mi kiedyś powiedzieć? - wrzasnął Blythe, czując, jak ogarnia go przeogromna frustracja. Spróbował opanować drżenie rąk, jednak nic mu z tego wyszło.
- Nie, chyba nie – przyznał szczerze duch. - Ale to nic by przecież nie zmieniło. Co by ci dała ta wiedza?
- Nie mam pojęcia, ale przyjaciele powinni mówić sobie wszystko – powiedział chłopak, akcentując wyraźnie ostatnie słowo. - Przyjaciele powinni wiedzieć o sobie wszystko, powinni sobie bezgranicznie ufać. W naszej znajomości nie został spełniony ani jeden z tych warunków, więc to nie była przyjaźń. Szkoda, bo byłeś pierwszą osobą, którą naprawdę polubiłem. Teraz jesteś pierwszą osobą, na której się poważnie zawiodłem.
- Blythe, proszę, nie mów tak.
Panicz odwrócił się i zobaczył jak po przezroczystym policzku Aldena spływa jedna, perłowobiała łza, która zakończyła swój żywot na zakurzonej brukowanej ulicy.
- Ty... płaczesz? - Bennett był wstrząśnięty tym odkryciem, więc podszedł do ducha. Poczuł wyrzuty sumienia, wcale nie chciał na niego nakrzyczeć, odruchowo podniósł rękę i spróbował położyć ją na ramieniu Aldena, jednak dłoń nie natknęła się na nic innego, poza chłodnym powietrzem.
- Wracajmy do domu – wyszeptał Blythe i poczekał, aż Colebridge skinie głową na znak zgody. Gdy tylko ruszyli w stronę rezydencji, panicz podjął rozmowę, tym razem spokojnie, bez zbędnych emocji.

- Jeszcze tylko jedno pytanie – powiedział Bennett, przekraczając próg swojej sypialni.
- Słucham – mruknął Alden, który przez całą drogę do domu tłumaczył wszystko Blythe'owi. Miał jednak dużo lepszy humor, gdyż panicz wybaczył mu zatajenie prawdy i obiecał nie zrywać ich przyjaźni.
- Czy ten upiór w lesie... Czy on nie jest czasem twoim lokajem?
Duch spojrzał ponuro na chłopca i pokiwał smętnie głową.
- Wspaniale. Teraz już przynajmniej wiem, kto próbuje pozbawić mnie życia.


czwartek, 9.lipica.2009, 15:59

urania Uraniamylog.pl :: poniedziałek, 14 września 2009 14:40:31
89.78.75.171

Ciekawie przedstawiona reakcja rodziców :) Czytam dalej...

niewtamanke niewtąmańkę. :: piątek, 5 lutego 2010 22:05:34
95.178.22.33

Reakcja rodziców niezbyt mi się spodobała. Oczekiwałam czegoś więcej. Hm, miłość robi swoje.



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho