Łzy


Panicz pospiesznie wybiegł ze swojego pokoju, nie zwracając uwagi na nawoływania Aldena. W korytarzu wpadł na Malcolma, który szedł do biblioteki ugasić ogień w kominku.
- Kto krzyczał? - zapytał Blythe drżącym głosem, nerwowo zagryzając wargę i patrząc na swojego lokaja szeroko otwartymi oczami.
- Nic nie słyszałem – odpowiedział mężczyzna zdziwiony nagłym pojawieniem się panicza.
Blythe puścił się pędem w stronę salonu, gdzie powinni znajdować się jego rodzice. Błyskawicznie zbiegł po szerokich schodach i w hallu natknął się na ojca.
- Kto krzyczał? - powtórzył pytanie z nieukrywanym przerażeniem.
Pan Bennett bacznie przyjrzał się synowi, po czym podrapał się po nosie i lekko zdezorientowany, wyszeptał:
- Blythe, stało się coś? Jesteś koszmarnie blady.
- Kto krzyczał? - wrzasnął Blythe z rozpaczą.
Zdezorientowanie zniknęło z twarzy pana Bennetta równie szybko, jak się pojawiło. Jego miejsce zajął strach.
- Wszystko w porządku, synu?
- Nic nie jest w porządku! - panicz wyminął ojca i wpadł do salonu. Na sofie siedziała pani Bennett czytając książkę. Na widok chłopca uniosła brwi.
- Czemu jeszcze nie śpisz, skarbie? Blythe, kochanie, słyszysz mnie?
Do chłopca nie docierało ani jedno słowo. Cała jego uwaga skupiona była na stojącej przy oknie Margaret i postaci przed nią. Serce małego panicza zabiło kilkakrotnie razy szybciej, krew uderzyła do mózgu, a świat przed oczami zawirował. Kolana ugięły się pod Blythem, uderzając głucho o drewniany parkiet. Pani Bennett zerwała się z miejsca i podbiegła do syna.
- I znowu się spotykamy... paniczu - zły duch niemal wysyczał te słowa, patrząc z nienawiścią na małego Bennetta, który zadrżał ze strachu.
- Czemu tu przyszedłeś? - wyszeptał chłopak, czując, że za moment zemdleje.
- Blythe, kochanie, co się dzieje? Z kim rozmawiasz?
- Czego ode mnie chcesz? Co ja ci takiego zrobiłem?
- Blythe? Synu? Do kogo mówisz? - pan Bennett podbiegł do klęczącego na dywanie chłopca i położył dłonie na jego trzęsących się ramionach.
- Nie lubię ludzi... Czy żądam zbyt wiele, gdy proszę o spokój? Ukryłem się przed żywymi, ale ci specjalnie do mnie lgną. Czy chciałeś coś ode mnie, paniczu? - ryknął duch z twarzą wykrzywioną furią.
- N-nie – zająknął się Blythe. - Ja t-tylko...
- Chciałeś mnie zobaczyć? Więc widzisz! - wściekłość i irytacja wprost emanowały od przybysza. Było jasne, że lada chwila rzuci się na małego Bennetta, który ze strachu nie mógł się poruszyć.
- Blythe, na miłość boską! Z kim rozmawiasz? - po policzkach Ursuli spływały łzy. Wpatrywała się przerażona w swojego syna, zakrywając usta dłonią.
- Tak się zastanawiałem... Bardzo kochasz swoich rodziców? - zły duch wpatrywał się pożądliwie w panicza. Zrobił krok w jego stronę i wyciągnął przed siebie dłoń zakończoną szponami. - Chyba nie, skoro dajesz im tyle powodów do zmartwień...
- Kocham! Kocham! - krzyknął Blythe zbierając w sobie siły. Podniósł się z podłogi i utkwił spojrzenie w przeciwniku. - Jeśli coś im się stanie...
- To co zrobisz? Zabijesz mnie?
- Alden! - zapłakana Margaret podbiegła do brata, który wraz z resztą duchów przybył właśnie do salonu. Temperatura powietrza znacznie spadła, z ust Bennettów zaczęła wydobywać się para.
Zły duch wyszczerzył ostre zęby w ironicznym uśmiechu i z rykiem wściekłości rzucił się na Blythe'a. W czasie krótszym niż mrugnięcie powieką, dotarł do panicza, zamachnął się i pozostawił na policzku chłopca trzy krwawe wstęgi, po czym uderzył w jego klatkę piersiową z taką siłą, że chłopiec zachłysnął się powietrzem i runął na szklany stolik, który pod wpływem nacisku rozpadł się na kawałki.
- Blythe!
Pan Bennett przez kilka sekund stał w miejscu, oszołomiony całym zajściem. Wyglądał, jakby ktoś zdzielił go w twarz. Przez krótką chwilę stracił kontakt z otoczeniem, jednak zdołał się pozbierać i pędem ruszył do syna, który leżał nieprzytomny na odłamkach szkła. Serce pani Bennett zachowywało się tak, jakby miało się za moment wyrwać z jej piersi. Alden niepewnym krokiem skierował się w stronę przyjaciela, zaciskając usta i mrużąc oczy. Okulary zsunęły mu się na czubek nosa, jednak fakt ten nie miał dla niego najmniejszego znaczenia. Cała jego uwaga skupiona była na paniczu i stróżce krwi spływającej z jego skroni.


Pokój Blythe'a pogrążony był w ciemności. Po świeżym powietrzu zostało tylko wspomnienie, ciężkie kotary zasłaniały szczelnie zamknięte okna, a jedynym źródłem światła była wąska struga wpadająca do środka przez szczelinę pomiędzy drzwiami a podłogą. Od strony łóżka panicza dało się słyszeć nierówny, często urywany oddech. Na obitym perkalem mahoniowym krześle siedział jak zwykle Alden, który od momentu wypadku Blythe'a nie opuszczał go nawet na krok. Alden nie mógł sobie wybaczyć, że tamtej nocy zabrał panicza do lasu. Gdyby zawrócili, Bennett nie leżałby teraz ze stłuczoną klatką piersiową, złamanym żebrem i rozciętą głową.
- Niech to wszystko diabli wezmą! - zaklął szpetnie duch, podniósł się z miejsca i zaczął krążyć po pokoju.

Minął miesiąc, zanim Blythe mógł wrócić do szkoły. Cały długi miesiąc, w trakcie którego ani razu nie mógł pójść do biblioteki i rozsiąść się wygodnie w fotelu przed kominkiem, rozkoszując się zapachem starych książek i zapominając o całym bożym świecie. Na szczęście miał Aldena, który dostarczał mu pożądane powieści. Rodzice zabronili mu poruszać się po posiadłości do czasu, aż będzie całkowicie zdrowy. Poza tym bali się, że sytuacja, która miała miejsce w salonie powtórzy się i ich syn ucierpi jeszcze bardziej. Nie mieli pojęcia, co zaatakowało Blythe'a, ale jednego byli pewni – nie był to wymysł chłopca. To „coś” skrzywdziło ich syna i niezależnie od tego, jak bardzo było niebezpieczne i jakie zagrożenie stanowiło dla nich, zamierzali stanąć na drodze pomiędzy „tym czymś” a ich dzieckiem, nawet jeśli musieliby zapłacić za to najwyższą cenę. Rozważali też przeprowadzkę, lecz Blythe szybko wyperswadował im ten pomysł, argumentując na tyle głośno i skutecznie, na ile pozwalał mu dotkliwy ból w klatce piersiowej.

Lekcja angielskiego była niezwykle nudna i nawet panicz, który zwykle słuchał uważnie na wszystkich zajęciach, wyłączył się i pogrążył we własnych rozmyślaniach do czasu, aż usłyszał cichy dzwoneczek obwieszczający przerwę. Zerknął w kierunku pana Tallwooda, który zbierał właśnie swoje rzeczy i w pośpiechu opuszczał klasę. Blythe również podniósł się ze swojego miejsca z zamiarem przejścia się po terenie szkoły i rozprostowania kości. Gdy wychodził z budynku, ktoś uderzył go mocno w bok i warknął: Uważaj jak chodzisz, dziwaku. Panicz syknął cicho i oparł się o ścianę, gdyż ucierpiało jego całkiem niedawno złamane żebro. Chłopiec nie zareagował na przezwisko, gdyż od dłuższego czasu „koledzy” z jego klasy raczyli go właśnie takimi określeniami, ale Alden zjeżył się i utkwił mordercze spojrzenie w plecach oddalającego się Nicolasa Pretenhoffa.
- Paniczu Bennett, czy wszystko w porządku?
Za plecami Blythe'a rozległ się cichy, nieśmiały głosik, który chłopiec skądś znał, lecz nie mógł sobie przypomnieć, do kogo on należy. Odwrócił się powoli z grymasem bólu na twarzy i uniósł brwi na widok stojącej przed nim Julianne. Przez chwilę wpatrywał się w nią zdezorientowany.
- Co panienka tu robi? – zapytał. Głos miał nieco zachrypnięty, więc odkaszlnął cicho i utkwił badawcze spojrzenie w stojącej przed nim dziewczynce.
- Chodzę do szkoły – odparła z rumieńcem na twarzy i po chwili wahania dodała także: - A w tej chwili martwię się o panicza.
Blythe zamrugał szybko oczami. Poczuł się niezręcznie, uświadamiając sobie fakt, iż wcześniej nie zwrócił na Julianne najmniejszej uwagi. Prawdę mówiąc, nie zwracał jej na nikogo.
- Czy wszystko jest w porządku? - Julianne powtórzyła swoje pytanie. Blythe doznał szoku widząc, że na jej twarzy naprawdę maluje się zmartwienie i zaniepokojenie. Pokiwał głową i wyprostował się, lecz po chwili jęknął cicho i znów oparł o ścianę.
- To nic, zaraz mi przejdzie... Czemu panienka płacze? - Bennett zamarł na widok napływających do czekoladowych oczu łez.
- Bo widzę, że panicz cierpi... - odpowiedziała blondynka pociągając nosem i niedbałym ruchem ścierając łzy ściekające po policzkach.
Blythe wyciągnął z kieszeni chusteczkę i delikatnie osuszył nią twarz Julianne, która zalała się szkarłatem. Zawstydzona dziewczynka opuściła głowę.
- Nic mi nie jest, naprawdę. Po prostu niedawno miałem mały... wypadek i do tej pory czuję ból. Ale zaręczam, że to nic wielkiego! - powiedział szybko panicz i schował chusteczkę z powrotem. Był zakłopotany całą tą sytuacją i zupełnie nie miał pojęcia, czemu jego ból wywołał smutek u Julianne.
- Nic wielkiego – mruknął z przekąsem naburmuszony Alden, który oparł się o framugę drzwi i przypatrywał rozmowie dzieci.
Blythe zignorował go, wziął kilka głębokich oddechów i ponownie się wyprostował, tym razem krzywiąc się tylko nieznacznie.
- Widzi panienka? Nic mi nie jest – rzekł Bennett. - Chciałem przeprosić panienkę... Nie wiedziałem, że uczęszcza panienka do tej szkoły. Ja... nie zauważyłem – dodał skruszony.
- Nic się nie stało – odparła Julianne cicho i machnęła niedbale ręką. - Jestem do tego przyzwyczajona.
- Nie, to naprawdę karygodne, czuję się okropnie. Jeśli jest coś...
- Uśmiech – powiedziała tylko mała Hammilton i zerknęła na chłopca.
Alden przewrócił oczami i odwrócił się w drugą stronę, wzdychając teatralnie.
Blythe machinalnie uniósł kąciki ust, jednak po chwili przybrał poważną minę.
- Dlaczego panienka zawsze prosi o to, żebym się uśmiechnął? - zapytał marszcząc brwi i mrugając oczami. Na policzki Julianne ponownie wpełzł rumieniec.
- Bo odkąd panicz chodzi do tej szkoły, ani razu nie uśmiechnął się z własnej woli. Więc jeśli mogę o coś poprosić, to tylko o taki właśnie gest, gdyż uśmiechający się Blythe Bennett jest tak rzadkim zjawiskiem, jak spadająca gwiazda.
Po wypowiedzeniu tych słów Julianne odwróciła się szybko i wybiegła przez otwarte drzwi wejściowe.


czwartek, 9.lipica.2009, 15:57

urania Uraniamylog.pl :: poniedziałek, 14 września 2009 14:33:55
89.78.75.171

Jaka słodka jest ta Julianne :))

niewtamanke niewtąmańkę. :: piątek, 5 lutego 2010 21:58:54
95.178.22.33

Urocze. Ale skąd się wzięła ta Mała Julianne?



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho