Julianne


Początek marca przyniósł ze sobą śnieg i przeraźliwy mróz. Jak na złość, gdyż wydawać by się mogło, że zima już na dobre się skończyła. W ciągu kilku dni zdążyło napadać dobre kilkadziesiąt centymetrów białego puchu, który dał dzieciom powód do radości, a dorosłych przyprawiał o ból głowy, gdy musieli przedzierać się przez zaspy. Starsi wyczekiwali na dzień wolny od pracy, kiedy to nie będą musieli wychodzić na dwór, może jedynie do kościoła, aby wysłuchać kazania starego, przygarbionego i łysiejącego księdza.

Ulice Helston były niemal puste, gdyż niedziela pozwalała pozostać w domu i cieszyć się ciepłem, które biło od kominka i przyjemnie ogrzewało zmarznięte dłonie i stopy. Jednak nie każdy mógł z zadowoleniem wylegiwać się w fotelu, z książką lub kieliszkiem wina w ręku i uśmiechem na twarzy.
Pan Tallwood przedzierał się przez jedną z ciasnych uliczek uboższej części miasta. Gdyby nie jego dobre serce, nawet nie kiwnąłby palcem, by choć trochę pomóc małemu Tony'emu w nauce. Jednak dzieciak często opuszczał szkolne zajęcia, gdyż harował ciężko w zakładzie szewskim. Matka chłopaka nie pracowała, nikt by zresztą jej nie przyjął z gruźlicą, a ojciec zarabiał zbyt mało, aby utrzymać trójkę osób i opłacić tę norę, w której mieszkali. Nauczyciel westchnął cicho, a z jego ust wydostała się para. Pokonał jeszcze kilka metrów i zapukał ostrożnie w odrapane drzwi.

- Blythe, kochanie, zejdź proszę na dół.
Do pomieszczenia bibliotecznego dotarło łagodne wołanie pani Bennett. Chłopiec zamknął książkę z grymasem na twarzy i ruszył w kierunku wyjścia. Schodząc po schodach, wyciągnął z kieszonki w kamizelce srebrny zegarek i patrząc na połyskującą tarczę zastanawiał się, co u licha skłoniło jego matkę do oderwania go od nauki o szesnastej trzydzieści dziewięć. W stanie lekkiego zirytowania wszedł do salonu i skrzywił się na widok gości.
- Synu, to państwo Hammilton. - Pani Bennett wskazała wysokiego mężczyznę stojącego przy kominku, później ciemnowłosą kobietę siedzącą na sofie. - A to Julianne.
Zza pleców swojego ojca wychyliła się mała dziewczynka o blond włosach, z twarzą usianą mnóstwem piegów i czekoladowymi oczami, które zwrócone były prosto na młodego panicza.
Blythe westchnął cicho. A już myślałem, że dali sobie spokój ze znajdowaniem mi na siłę przyjaciół.
- Bardzo mi miło – przywitał się Blythe i ukłonił się lekko.
- Cóż za nonszalancja! - zawołał rozbawiony pan Hammilton i zwrócił się do ojca panicza: - Idealnie wychowałeś syna, Rufusie. Jestem pełen podziwu. Jest kulturalnym i inteligentnym młodym człowiekiem. Brawo!
- Dziękuję, ale to nie moja zasługa. Blythe nie jest kimś, kogo trzeba układać. Doskonale wie jak i kiedy trzeba się zachować.
- Ale nie można tego powiedzieć o naszej Julianne – odezwała się pani Hammilton i spojrzała karcąco na córkę, która nadal chowała się za swoim ojcem.
- Och, kochanie, nie miej jej tego za złe. Jest nieśmiała.
- Ale mogła się chociaż przywitać – nalegała kobieta.
Julianne speszona i zawstydzona do granic możliwości wybiegła zza ojca, stanęła przed Blythem, dygnęła szybko, po czym zalała się rumieńcem i uciekła do matki.
Panicz stał w salonie kompletnie zbity z tropu, nie wiedząc, gdzie ma podziać wzrok. W końcu ukłonił się ponownie i powiedział:
- Proszę mi wybaczyć, muszę wracać do nauki.
Po czym odwrócił się i skierował ku wyjściu.
- Blythe, kochanie. Może mógłbyś pokazać Julianne dom? Musimy omówić z państwem Hammilton pewne... kwestie.
Julianne pobladła, ale ruszyła powoli w stronę chłopca. Gdy dzieci opuściły salon, dębowe drzwi zamknęły się z łoskotem, pozbawiając hall znacznej części światła. Blythe zaczął wspinać się po schodach, spoglądając, czy gość uczynił to samo.
Idąc korytarzem pierwszego piętra, Blythe rozmyślał o tych „pewnych kwestiach”, które muszą omówić rodzice jego i Julianne. Co do tej ostatniej, był jej wdzięczny za to, że nie zasypuje go gradem pytań i nie miażdży wzrokiem czekając na odpowiedzi.
- W zasadzie nie ma w naszym domu nic interesującego. Chyba że... Lubi panienka książki? - zapytał panicz, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Zniecierpliwiony odwrócił się. Julianne stała pośrodku korytarza, wpatrując się w wiszący na ścianie obraz.
- Podoba się panience?
- Jest piękny – odpowiedział mu cichy głos. - Lubię obrazy. Książki też.
Mały Bennett uśmiechnął się delikatnie, co zdarzało mu się nadzwyczaj rzadko. Prawdę mówiąc, Blythe w ogóle się nie uśmiechał. Chłopcy w szkole śmiali się z niego i mówili, że po prostu nie potrafi.
- Czy jest tutaj biblioteka? - zapytała nieśmiało Julianne. Nie wiedzieć czemu, bała się spojrzeć na panicza. Wbiła wzrok w swoje buty i nerwowo skubała rękaw swetra.
- Oczywiście.

Blythe zapomniał o obecności drugiej osoby. Pogrążył się w lekturze i zupełnie nie zwracał uwagi na utkwione w nim spojrzenie brązowych oczu.

Gdyby nie dogasający ogień w kominku, pewnie nie oderwałby się od książki przez najbliższe kilka godzin. Podnosząc się z miejsca, przypomniał sobie o Julianne, więc rozejrzał się w poszukiwaniu dziewczynki. Uświadomiwszy sobie, że panienka spokojnie chrapie w fotelu obok, poczuł się niezmiernie nieswojo. I głupio. Przecież miał ją oprowadzić po domu, a nie zostawić na pastwę nudy!
- Panienko Hammilton?
Blondynka poruszyła się niespokojnie, jednak nie obudziła się. Blythe szturchnął ją lekko palcem, a gdy i to nie przyniosło rezultatu, potrząsnął ją za ramiona. Julianne otworzyła oczy i pisnęła cicho. Panicz odskoczył jak oparzony. Speszony jej zachowaniem, podrapał się po głowie i zamrugał oczami.
- Przepraszam, chyba zasnęłam – powiedziała cicho Julianne.
- Niech panienka nie przeprasza, to naprawdę nie jej wina. Nie zadbałem o rozrywkę. Proszę mi wybaczyć. - Blythe skłonił się ze skruchą. - Czy jest coś, co mógłbym dla panienki zrobić? Zachowałem się karygodnie...
- Wystarczy, że się panicz uśmiechnie – odparła powoli Julianne, rumieniąc się.
Brwi Blythe'a ze zdziwienia powędrowały w górę, lecz po chwili uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu.
- Dziękuję. T-to mi wystarczy.
W bibliotece zapadła niezręczna cisza, którą przerwało pukanie do dębowych drzwi.
- Blythe, kochanie, jesteś tam? - zapytała pani Bennett naciskając na klamkę. Po chwili zajrzała do pomieszczenia, które powoli pogrążało się w mroku. - Możecie zejść na dół, kolacja będzie podana za pięć minut.

- Dowidzenia państwu – rzekła Julianne stojąc na schodach posiadłości Bennettów. - Dobranoc, paniczu.
- Dobranoc, panienko Hammilton – odpowiedział Blythe i skłonił się lekko. Dziewczynka po raz kolejny tego dnia spłonęła rumieńcem, po czym pobiegła za rodzicami w stronę powozu.
Młody Bennett długo patrzył za odjeżdżającą rodziną Hammiltonów. Nie mógł powiedzieć, czy polubił Julianne. Owszem, była inna niż ludzie, których spotykał, nie śmiała się z byle czego, nie zadawała pytań, mało się odzywała, ale Blythe jak dotąd nie potrzebował przyjaciół, czy chociażby partnerów do rozmowy i nie zapowiadało się na to, by w najbliższym czasie chciał to zmienić. Czuł się dobrze z tym wszystkim, co miał teraz, czuł się dobrze sam ze sobą.
- Już tęsknisz? - ciche pytanie przeszyło zimne powietrze niczym strzała.
- Alden – wyszeptał panicz i odwrócił się w stronę swojego niematerialnego kolegi. - Prawie o tobie zapomniałem.
- Zdążyłem zauważyć – prychnął duch i gestem zaprosił chłopca do domu. - Jeszcze się przeziębisz.
- Coś się taki troskliwy zrobił?
Alden chciał coś odpowiedzieć, jednak zamknął usta i powędrował za paniczem do jego pokoju.

- Powiedz mi, Alden, jak to jest, że nie widzę duchów na ulicy?
- Hmm... Przeważnie duchy są przywiązane do pewnego miejsca. W przenośni i dosłownie. Są jakby uwiązane, mają ograniczoną przestrzeń, rozumiesz? - Alden spacerował po pokoju z rękami w kieszeniach.
- A co z tobą?
- Widocznie jestem przywiązany nie tylko do tej posiadłości, ale i do ciebie. - duch zaśmiał się cicho. - Ale jak najbardziej nie w tym sensie! - dodał, odczytując myśli panicza i unosząc ręce w obronnym geście.
- Tak się zastanawiałem... - zaczął Bennett – czy ten zły duch może mnie... zabić?
- Do tej pory myślałem, byłem wręcz przekonany, że to niemożliwe – odpowiedział Alden marszcząc czoło. - Wierz mi, że gdybym wiedział, że on może cię skrzywdzić... Nigdy bym cię tam nie zabrał.
W sypialni Blythe'a zapadła cisza, którą przerwał okropny wrzask dobiegający z dołu.


czwartek, 9.lipica.2009, 15:55

urania Uraniamylog.pl :: poniedziałek, 14 września 2009 14:27:15
89.78.75.171

Wrzask z dołu? Czytam dalej :P

No i watek miłosny się pojawia, miło :)

niewtamanke niewtąmańkę. :: piątek, 5 lutego 2010 21:52:05
95.178.22.33

Ładnie, a nawet bardzo. Chociaż końcowa rozmowa ze Szklanym Aldenem była za krótka.



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho