Dziadek


Blythe nie wiedział, co skłoniło go do opuszczenia posiadłości. To był impuls. Po prostu nagle zapragnął wyrwać się z murów rezydencji i pooddychać świeżym powietrzem. Sam. Bez rodziców, bez Aldena. Bez Aldena przede wszystkim. Duch działał mu na nerwy od dobrych kilku dni i tylko wrodzona i stale trenowana cierpliwość powstrzymywała panicza od dokonania aktu przemocy. Blythe nie miał pojęcia, co mógłby zrobić istocie nieżyjącej od kilkudziesięciu lat, ale był pewny, że gdyby naprawdę się uparł, znalazłby jakiś sposób.
To wszystko przez to przeklęte czytanie w myślach. Mam go dość! Mógłby chociaż na chwilę to wyłączyć! Można oszaleć!
Chłopiec wcisnął ręce w kieszenie płaszcza i rozjuszony do granic możliwości powędrował w dół Monumental Road ze wzrokiem wbitym w zakurzony chodnik. Kilka minut później skręcił w Coinagehall Street i zdał sobie sprawę, że idzie tą samą drogą, którą zawsze chodzi do szkoły. Prychnął cicho i zatrzymał się obok piekarni pani Duncliff, u której często kupował maślane bułeczki w drodze powrotnej do domu. Zajrzał przez szybę i dostrzegł pulchną kobietę uwijającą się za ladą. Ta, czując na sobie czyjś wzrok, spojrzała prosto na panicza i uśmiechnęła się szeroko, gestem zapraszając go do środka. Blythe zastanawiał się przez chwilę, czy ma wejść, skusił go jednak zapach świeżego pieczywa wydobywający się przez otwarte drzwi. Sprawdzając, czy w płaszczu pozostał chociaż funt, panicz wszedł do sklepu i stanął na końcu kolejki. Po kilku minutach dotarł do lady i poprosił o swoje ulubione maślane bułeczki. Pani Duncliff rzuciła dyskretne spojrzenie na następnego klienta i szepnęła coś na ucho do swojej córki. Dziewczynka podreptała na zaplecze i po chwili wyłoniła się z niego z papierową torbą w ręku. Sprzedawczyni mrugnęła do Bennetta i podała mu mały pakunek.
- Dopiero co upieczone – szepnęła do chłopca, nachylając się nad ladą pod pozorem wytarcia z niej mąki. - Nie dałabym ci przecież tych tutaj, wczorajszych.
Blythe podziękował, zapłacił i opuścił sklep, ściskając w ręku ciepłe jeszcze wypieki. Idąc wąską, brukowaną ulicą panicz próbował sobie przypomnieć, czy poinformował rodziców, że wychodzi. Kilka minut później stwierdził, że to i tak nie ma żadnego znaczenia, bo ani matka, ani ojciec nie będą od niego nic chcieć w porze, w jakiej zwykł przebywać w bibliotece. W chwili, gdy zaglądał do torby, wpadł na kogoś, o mało co się nie przewracając. Bąknął ciche „przepraszam” i ruszył dalej. Do nozdrzy młodego Bennetta dotarł przeraźliwy odór, który paniczowi kojarzył się jedynie ze zgnilizną. Chłopiec odwrócił się szybko i zlustrował spojrzeniem mężczyznę, na którego wpadł, a który oddalał się teraz powolnym krokiem, zabawnie kołysząc się na boki. Nie wyglądał na biedaka, bezdomnego, który nie miał gdzie się umyć, przeciwnie - od wysokiego melonika osadzonego na czubku głowy, do lakierowanych, czarnych butów i eleganckich spodni w kancik – całą swoją postacią dawał do zrozumienia, że ludzie mają do czynienia z arystokratą. Więc skąd, u licha, wziął się ten smród? Blythe zmarszczył nos, odwrócił się i ruszył dalej, w dół ulicy. Nie miał pojęcia, dokąd zmierza, nogi wiodły go same. Mijając pojedyncze domki , dotarł do drogi wylotowej z miasta. Przystanął przy kamiennym, sięgającym mu pasa murku i westchnął cicho, spoglądając na łąki i drzewa, wystawione na promienie słoneczne. Chwilę przeczesywał ogrom wolnej przestrzeni, gdy jego wzrok skupił się na cmentarzu. Panicz wciągnął głęboko powietrze, a serce zabiło mu kilka razy szybciej.
A gdyby tak...?
Nie zastanawiając się chwili dłużej, ruszył wyboistą i kamienną ścieżką wiodącą do miejsca, gdzie chowano mieszkańców Helston. Prawdę mówiąc, nigdy tam nie był. Bo i po co? Nikt z jego rodziny nie był tutaj pochowany, a przychodzenie na cmentarz ot tak, dla przyjemności, dla patrzenia na masę szarych płyt nagrobnych, nie było rzeczą, która wywoływała w paniczu choć namiastkę euforii. Blythe nie szedł długo, po zaledwie dziesięciu minutach stanął przy zardzewiałej furtce i zmarszczył brwi. Skoro widzi duchy, to czemu nie może zobaczyć ani jednego w miejscu, gdzie powinno być ich najwięcej?
- Kiedyś ci już tłumaczyłem – odezwał się Alden znudzonym głosem, opierając się o strawiony przez korniki i inne robactwo drewniany płot.
- To ty... - syknął Blythe przez zaciśnięte zęby i utkwił spojrzenie szarych oczu w koledze, jednocześnie nie dając po sobie poznać, że jego nagłe pojawienie się niezmiernie go wystraszyło.
- Ja – odpowiedział krótko. - A kogo się spodziewałeś? Ducha? - zażartował.
- Zamknij się – warknął Blythe i odwrócił się do niego plecami, zaciskając pięści i wyobrażając sobie, że jakaś nieznana, potężna siła zabiera Aldena daleko, daleko stąd.
- Tęskniłbyś za mną – szepnął duch i zbliżył się do panicza na tyle blisko, że ten poczuł nieprzyjemny chłód i wzdrygnął się. - Nikogo podobnego do mnie tu nie ma, ponieważ, jak już kiedyś wspominałem, po śmierci wracamy do miejsca, do którego byliśmy najbardziej przywiązani. Wątpię, żeby jakikolwiek duch chciał błąkać się wieczność po cmentarzu.
Wściekłość opuściła Bennetta, zastąpiona teraz jedynie ciekawością. Zwrócił się w stronę Aldena.
- Ale mówiłeś, że ty możesz oddalać się od posiadłości, bo jesteś przywiązany także do mnie.
- Tak mi się wydaje. Nie znajduję innego wytłumaczenia. Wiesz, mieszkam z tobą pod jednym dachem od dwunastu lat, wcześniej mieszkał tam także twój dziadek, jego ojciec...
- Czyli to po prostu przywiązanie do naszej rodziny? Mam rację? - Blythe zamrugał i odgarnął włosy wpadające mu do oczu.
- Możliwe – odpowiedział Colebridge i zasępił się, wpatrując w przestrzeń przed sobą. Chwilę milczał, po czym odchrząknął, położył zimną, niematerialną dłoń na ramieniu panicza i powiedział: - Wracajmy już, robi się późno.

Posiadłość Bennettów wyglądała niezwykle, gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca barwiły szyby i dachówki na miedzianozłoty kolor. Blythe wkroczył do hallu i zastał tam Malcolma, oczekującego na jego powrót. Lokaj zabrał płaszcz panicza i prosił o przygotowanie się do kolacji. Chłopiec podreptał marmurowymi schodami na górę, czując na sobie spojrzenie Aldena. Gdy tylko wszedł do sypialni, opadł wykończony na łóżko. Nie był przyzwyczajony do tak długich spacerów, przeważnie cały dzień spędzał w bibliotece, nie wychodząc na dwór. Trudno więc się dziwić, że dzisiejsza wyprawa pozbawiła Blythe'a wszelkich sił.
- Zaraz będzie kolacja, chyba musisz się przebrać – powiedział cicho Alden.
Panicz podniósł głowę z posłania i spojrzał na ducha, który stał przy oknie i wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt. Bennett nigdy jeszcze nie miał okazji zobaczyć kolegi tak zamyślonego, więc pozbierał się z łóżka i niepewnym krokiem podszedł do Colebridge'a.
- Alden, czy... Czy coś się stało? - zapytał.
- Nie, wszystko jest w porządku – odpowiedział powoli, jakby ważąc każde słowo. Uśmiechnął się niemrawo do panicza i opuścił sypialnię, chcąc zapewnić Blythe'owi choć odrobinę prywatności.
Bennettowi nie podobało się zachowanie ducha. Nieczęsto widział go przygnębionego, więc czuł się dziwnie, gdy takie chwile nadchodziły. Patrząc na zmartwionego czymś przyjaciela odczuwał wewnętrzny niepokój, pewnego rodzaju ból, który nie chciał przejść. Panicz próbował sobie przypomnieć ich rozmowę w drodze powrotnej do domu, myśląc, że może powiedział coś, co mogło zasmucić Aldena. Jednak nie mógł się dopatrzyć niczego, co w jakimś stopniu mogło skrzywdzić kolegę.
Więc musi być inny powód.

Blythe wkroczył do salonu, gdzie oczekiwali go rodzice. Nie wiedział, czemu poprosili go tutaj, zamiast porozmawiać z nim przy kolacji. Przytulił matkę, ucałował ją w policzek i stanął na środku pomieszczenia, czekając aż rodzice coś powiedzą. Ci jednak milczeli, uśmiechając się tylko i zerkając w stronę wysokiego, wychodzącego na ogród okna. Blythe dopiero teraz dostrzegł, że w salonie jest jeszcze jedna osoba. Oparty o parapet stał średniego wzrostu starszy mężczyzna, z siwą brodą i siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu. Kąciki jego ust uniosły się w górę, gdy napotkał spojrzenie szarych oczu Blythe'a.
- Dziadek! - krzyknął panicz i błyskawicznie podbiegł do niego, obejmując w pasie i wtulając w pachnącą herbatą kamizelkę. Rodzice otworzyli usta ze zdziwienia, gdyż nigdy wcześniej nie widzieli u swojego syna takiego entuzjazmu.
- Mój ulubiony wnuk – odezwał się Graham Bennett i objął chłopca ramieniem.
- O ile mi wiadomo, jestem twoim JEDYNYM wnukiem – odpowiedział Blythe.
- Dlatego ulubionym – zaśmiał się dziadek i lekko odciągnął wnuka od siebie, by spojrzeć na niego z odległości wyciągniętych ramion. - Nic nie urosłeś, chłopcze. Karmią cię tutaj, czy tylko udają?
Rufus Bennett ryknął śmiechem i spojrzał rozbawiony na swojego ojca. Nie widział go trzy lata, więc był bardzo szczęśliwy, że rodzic w końcu go odwiedził.
- Kolacja podana – obwieścił Malcolm, który właśnie wkroczył do salonu.

Późnym wieczorem Blythe siedział w swoim pokoju, czytając przy biurku zabraną z biblioteki książkę. Martwiło go milczenie Aldena, jednak postanowił, że nie będzie próbował na siłę wyciągać z niego powodów przygnębienia. Co chwilę jednak zerkał na kolegę, który od kilku godzin siedział na tym samym krześle, wpatrując się w przeciwległą ścianę. Rozległo się pukanie do drzwi i do pomieszczenia wszedł dziadek Blythe'a. Rozejrzał się po sypialni, a gdy jego wzrok zatrzymał się na obitym perkalem mahoniowym krześle, posmutniał.
Panicz otworzył szeroko oczy i z lękiem spojrzał na Colebridge'a, ten z kolei utkwił swój wzrok w Grahamie. Mężczyzna uśmiechnął się smutno i nieco zmieszany, powiedział cicho:
- Witaj, Alden.


czwartek, 9.lipica.2009, 16:00

urania Uraniamylog.pl :: poniedziałek, 14 września 2009 14:45:56
89.78.75.171

Robi się coraz ciekawiej :)



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho