Dar


Reakcja Blythe'a była jak najbardziej nieodpowiednia, biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajdował. Gwałtownie zerwał się z posłania i zanim zdążył wykonać choćby krok naprzód, zakręciło mu się w głowie i padł jak długi przy łóżku.
- Synu! - zawołał pan Bennett i w mgnieniu oka znalazł się obok chłopca. Podniósł go z podłogi i z powrotem ulokował na poduszkach.
- Kim... Kim on jest? - Blythe zająknął się i wskazał przezroczystą postać na krześle. Pani i pan Bennett skierowali swój wzrok w stronę pokazaną przez syna i pobladli.
- Blythe, kochanie... Nikogo tam nie ma... - zaczęła łagodnie kobieta, choć głos jej lekko drżał. - Nikogo tam nie ma – powtórzyła.
- Jest! - krzyknął Blythe. – Siedzi na krześle i się uśmiecha, to chłopak! Spójrzcie! Ma okulary... - panicz oddychał szybko, na jego twarzy malowało się przerażenie.
- Biegnij po lekarza - powiedziała do męża pani Bennett i zakryła dłonią usta.

Przez całe trzy dni Blythe miał bardzo wysoką temperaturę, pocił się strasznie, w ciągu jednej nocy Malcolm musiał zmieniać mu koszulę trzy, nawet cztery razy. Nie jadł w ogóle, pił niewiele i nawet na chwilę nie zmrużył oka. Miotał się w pościeli, krzyczał i majaczył, był potwornie zmęczony i wyczerpany, ale nie mógł spać. A przezroczysta postać nadal siedziała na swoim miejscu, intensywnie wpatrując się w panicza. A później wszystko ustało. Czwartego dnia Blythe w końcu usnął, blady, z sinymi obwódkami wokół oczu. Wyglądał jak trup i tylko jego miarowo unosząca się klatka piersiowa zdradzała, że chłopak żyje. Spał ponad dobę.

Piętnastego dnia lutego panicz postanowił wyjaśnić sprawę wizyty nieproszonego gościa. Z drobnym wysiłkiem, wciąż osłabiony, podniósł się na łokciach i oparł na poduszkach. W pokoju był tylko on, jeśli nie liczyć chłopca siedzącego na krześle. Blythe nie wiedział, od czego zacząć, więc chwilę milczał, kilka razy otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz po chwili je zamykał, gdyż nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Serce biło mu jak oszalałe, dłonie drżały, a na twarzy nadal malował się strach. W końcu zdecydował, że rozpocznie tradycyjnie, pytając o imię.
- Alden* – panicz usłyszał cichy, znudzony głos i wzdrygnął się mimowolnie. Chwilę przyglądał się postaci, po czym otworzył usta, by zadać pytanie, lecz chłopak znowu go uprzedził.
- Tak. Jak widać.
A więc to duch - pomyślał Blythe i przeszły go dreszcze. - A może ja po prostu zwariowałem?
- W żadnym wypadku.
- Czy... Czy ty... P-potrafisz czytać ludziom w myślach?
- Tak jakby – odpowiedział krótko Alden i wstał z krzesła, ruszając w stronę łóżka panicza.
Blythe skulił się i odruchowo podciągnął kołdrę pod samą brodę, patrząc z lękiem na zbliżającego się chłopca.
- Nie podchodź – uprzedził Bennett drżącym głosem.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię. Nie po to tu jestem.
- Więc po co? Dlaczego pojawiłeś się akurat tutaj, w tym domu?
- Zawsze tutaj byłem – odpowiedział duch chłopca i ze smutkiem ogarnął wzrokiem pomieszczenie. - To była moja sypialnia...
- To czemu dopiero teraz mogę cię zobaczyć? Czemu? - Blythe był bliski płaczu.
- A czy nie wypowiedziałeś życzenia? Z głębi serca?
Panicz przez chwilę nie miał pojęcia, o czym mówi Alden, ale później przed oczami mignęła mu własna twarz, tort, świeczki. Jego życzenie urodzinowe. To niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają.
- Jesteś tego pewien? - Alden wpatrywał się z zaciekawieniem w twarz panicza, z której mógł odczytać wszystkie uczucia, jakie w obecnej chwili nim targały. Strach, niepewność, zaskoczenie, niedowierzanie. - Następnym razem uważaj na to, co mówisz. Przez przypadek możesz zrobić krzywdę nie tylko sobie, ale także innym. Wiesz... Cieszę się, że tak się stało. Nie rozmawiałem z nikim żywym od stu siedemdziesięciu lat. To trochę smutne...
Bennett przez kilka minut myślał intensywnie, po czym zachłysnął się powietrzem i otworzył szeroko oczy.
- Czy ty... Przyszedłeś mnie zabrać?
- Nie, przynajmniej nie teraz. Zostało ci jeszcze sporo życia, chyba że wcześniej zaplanujesz je w jakiś sposób zakończyć. Ja, rzecz jasna, będę cię próbował od tego odwieść, jak na przyjaciela przystało, bo od tej pory będę towarzyszył ci na każdym kroku.
- Przyjaciela? - wymówił szeptem Blythe. Jego czarna grzywka przykleiła się do spoconego czoła, a ręce drżały, gdy próbował odgarnąć ją na bok. - Towarzyszył na każdym kroku?
- A niby jesteś taki bystry. Czemuś musiała służyć twoja chwilowa.. hmm, niedyspozycja, prawda? Trochę się pozmieniało w twoim umyśle...
- Czyli zwariowałem! - wrzasnął z rozpaczą Blythe i złapał się za głowę.
- Aleś ty uparty! - odkrzyknął Alden, jednak widać, że rozbawiła go reakcja panicza. - Nie zwariowałeś, nie to miałem na myśli.
- Ale...
- Wrócimy do tego, gdy poczujesz się lepiej. Chyba się już mnie nie boisz?
Mały Bennett spojrzał na Aldena i zdał sobie sprawę, że ten ma racje. Nie bał się ducha, bał się siebie, tego, że stał się inny.
- Nie martw się, Blythe. Wielu ludzi chciałoby być na twoim miejscu. Możliwość obserwacji duchów, przeprowadzenia z nimi rozmowy jest naprawdę czymś cudownym. Powinieneś się cieszyć. To dar.

Minęło kilka dni zanim Blythe mógł na dobre wstać z łóżka i pójść do szkoły. Kilka dni, w trakcie których jego serce zatrzymało się niejednokrotnie na widok niewidzialnego dotąd współlokatora. Panicz zdążył dowiedzieć się, że w posiadłości Bennettów mieszka siedem duchów: Alden, jego siostra Margaret, rodzice, Terrence i Sophia, lokaj Hammond i dwie pokojówki, Augusta i Daphne. Całe to odkrycie niezmiernie nim wstrząsnęło i tylko ciągłe zapewnienia Aldena, że panicz nie oszalał trzymały go w pionie. Blythe naprawdę chciał wierzyć, że z nim i z jego głową wszystko jest w porządku. Życie młodego Bennetta zmieniło się zdecydowanie za bardzo w tak krótkim czasie. I chyba nikt nie mógł temu zaprzeczyć.

- Pamiętaj, że nie wszystkie duchy są dobre i przyjazne jak ja, moja rodzina i służba. To, gdzie człowiek trafia po śmierci jest tylko i wyłącznie jego wyborem. - powiedział Alden mijając bramę wjazdową i zerkając co chwilę na swojego milczącego towarzysza, który uparcie wpatrywał się w swoje buty i nie śmiał podnieść wzroku lub, co gorsza, przerwać Aldenowi. - Po odejściu z tego świata dostajesz szansę. Ale tylko jedną! Sam decydujesz, czy chcesz pozostać na ziemi, snując się jako duch, czy na zawsze pożegnać z przeszłością i pozwolić swojej duszy ulecieć na wieczny spoczynek.
- To znaczy... Do nieba? – zapytał cicho Blythe i w końcu spojrzał na Aldena.
- Nie ma czegoś takiego, jak niebo i piekło. To wymysł człowieka, zwykła bujda.
- Nie rozumiem. To gdzie w takim razie...
- Posłuchaj. Są ludzie, którzy nie mogą pogodzić się ze swoją śmiercią i wtedy podejmują drastyczną decyzję pozostania w świecie żywych. I zupełnie to rozumiem, gdyż sam tak postąpiłem. Ale większość woli odejść. Na zawsze. Nie ma piekła, nie ma nieba, jest koniec. Ciemność. Nic nie czujesz, nic nie widzisz, nie słyszysz. Bo ciebie już nie ma. Twoja dusza odłącza się od ciała i nie jesteście już jednością. Umierasz ty i umiera twoja dusza, rozumiesz?
- Mniej więcej – odpowiedział Blythe, odgarniając z czoła kosmyki czarnych włosów. Zamrugał oczami i ponownie wbił wzrok w ziemię.
Reszta drogi do szkoły minęła w kompletnym milczeniu. Panicz nie chciał rozmawiać z Aldenem w obecności innych osób, co było rzeczą dość zrozumiałą, biorąc pod uwagę fakt, że nikt oprócz niego ducha nie widział.

- Blythe, jak miło cię widzieć! Jesteś już zdrowy, chłopcze? - pan Tallwood powitał panicza z szerokim uśmiechem i gestem zaprosił go do zajęcia swojego miejsca.
- Tak, już mi lepiej – odpowiedział panicz nie patrząc nawet na nauczyciela. Powędrował wzrokiem za Aldenem, który udał się na koniec klasy, gdzie usiadł skulony na podłodze. W ciągu kilku dni młody Bennett zdążył polubić swojego niewidzialnego dla innych towarzysza, choć nadal były takie chwile, kiedy zastanawiał się, czy aby na pewno nie śni, czy to wszystko dzieje się naprawdę, no i, oczywiście, czy jest całkowicie normalny. Dar, który posiadł napawał go lękiem, ale jednocześnie fascynował i skłaniał do jak najlepszego wykorzystania go. Niezręcznie było mu jednak odkryć, że oprócz jego rodziny i służby, posiadłość Bennettów zamieszkuje siedem duchów, które do tej pory nigdy nie zdradziły swojej obecności. Poza tym martwiła go jeszcze jedna rzecz. Jak bardzo mogą uprzykrzyć życie złe duchy...
- Oj, bardzo, bardzo – usłyszał tuż przy swoim uchu i aż się wzdrygnął, gdy poczuł na swoim policzku chłód. To Alden pragnął jak najszybciej udzielić mu odpowiedzi na zadane pytanie.
- Coś nie tak, Blythe? - zapytał pan Tallwood zaniepokojony zachowaniem panicza. Wszyscy uczniowie siedzący w sali natychmiast zwrócili się w stronę biednego Bennetta, który mruknął tylko pod nosem, że wszystko w porządku i wrócił do sporządzania notatek, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Napisał na kawałku kartki dużymi literami NIGDY WIĘCEJ TEGO NIE RÓB i zastukał w nią palcem, aby Alden zwrócił na nią uwagę. Duch zaśmiał się cicho i zaczesał włosy do tyłu. Do pomieszczenia dotarły właśnie zabłąkane promienie słoneczne i Blythe po raz pierwszy dokładnie mu się przyjrzał. Alden był takiej samej postury jak panicz, chudy i niewysoki, miał owalną twarz i jasne włosy, które układały się w małe loczki. Na nosie tkwiły okrągłe okulary w misternej oprawce, które często zjeżdżały mu na czubek nosa, wywołując lekką irytację właściciela. Przez ciało Aldena Blythe mógł dostrzec siedzącego w ławce obok Nicolasa Pretenhoffa. Bennettowi przychodził na myśl tylko jeden przymiotnik, mogący opisać stojącego obok niego ducha – szklany. Patrząc na Aldena widział wszystko za nim i duch przypominał mu trochę butelkę od mleka, przez którą wszystko było widać, jednak obraz zawsze pozostawał nieco zniekształcony.

Czas w szkole minął bardzo szybko i nim panicz się obejrzał, pora była wracać do domu. Razem z Aldenem przemierzali ulicę za ulicą, nie odzywając się do siebie nawet słowem. Gdy dotarli do posiadłości duch zatrzymał się nagle i pełen entuzjazmu spojrzał na Blythe'a.
- Zastanawiałeś się, jakie są złe duchy, tak?
- T-tak – wyjąkał chłopiec zaskoczony.
- W takim razie po obiedzie zabiorę cię do lasu. Jest tam taki jeden... Moja rodzina się tam raczej nie zapuszcza, ale tobie nie może zrobić nic złego – rzekłszy to Alden zerknął na Bennetta. - Chyba – dodał szeptem.

_______
*Alden - od imienia Ealdwine, które w staroangielskim oznaczało „stary znajomy”.


czwartek, 9.lipica.2009, 15:47

urania Uraniamylog.pl :: poniedziałek, 14 września 2009 14:13:26
89.78.75.171

Ciekawie ;) Duchowy opiekun. Już jestem ciekawa jak rozwinie się akcja :)

niewtamanke niewtąmańkę. :: piątek, 5 lutego 2010 21:37:08
95.178.22.33

Podobało mi się. Jestem zachwycona Twoim zręcznym balansowaniem między niedosytem a nadmiarem. W tym rozdziale panuje idealna równowaga, nie jest przesadzony. Wyszedł bardzo naturalnie. Jednak niepokoi mnie ten wszechobecny spokój.



ROZDZIAŁY

Część pierwsza: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI
Część druga: I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX

MENU

Księga
Wpisz
Blythe
Fav
Autorka
Layout: Blythe, The Little Things
Credits: The Inspiration Gallery, Gaspard Ulliel, Paulo Coelho